W Chile obowiązek głosowania sprzyja populistom i skrajnej prawicy
Po raz pierwszy od 2009 roku udział w wyborach prezydenckich w Chile będzie obowiązkowy. Za brak obecności przy urnie grozić będzie kara od 130 do 400 zł. To rozwiązanie, przyjęte ponad politycznymi podziałami po masowych protestach społecznych z 2019 roku, miało wzmocnić demokrację i przywrócić zaufanie do instytucji. W praktyce może jednak pomóc populistom i kandydatom skrajnej prawicy.
Wielu mieszkańców biedniejszych dzielnic Santiago mówi dziś o braku wiary w polityków i poczuciu, że „wszyscy są tacy sami”. Część z nich przyznaje, że zagłosuje tylko dlatego, że nie chce płacić grzywny. Z 15,6 miliona uprawnionych do głosowania Chilijczyków aż 5 milionów to osoby, które od lat nie uczestniczyły w wyborach. To właśnie ich głosy mogą przesądzić o wyniku listopadowej elekcji.
Jak tłumaczy politolog Rodrigo Medel z Uniwersytetu Chile, cytowany przez francuski dziennik Le Monde, przymus głosowania może uruchomić „elektorat wycofany” – ludzi rozczarowanych elitami, którzy rzadko interesują się polityką. „Tego typu wyborcy częściej sięgają po rozwiązania populistyczne i antysystemowe. W dzisiejszym klimacie społecznego niepokoju i napięć wokół migracji to prawica ma wiatr w żagle” – powiedział ekspert.
W sondażach prowadzi José Antonio Kast, lider skrajnie prawicowej Partii Republikańskiej, porównywany do byłego prezydenta Brazylii Jaira Bolsonaro. Kast w 2021 roku przegrał w drugiej turze z obecnym prezydentem Gabrielem Boriciem, wywodzącym się z lewicowych ruchów studenckich. Tym razem może jednak liczyć na lepszy wynik – także dzięki rosnącemu poparciu dla jego sojuszników.
Jednym z nich jest Franco Parisi, ekonomista i przywódca populistycznej Partii Ludu, który w poprzednich wyborach wsparł Kastę. „Parisi to inna twarz tego samego zjawiska – neoliberalnego populizmu” – ocenia Medel. Na listach wyborczych pojawia się też Johannes Kaiser, lider libertariańskiej Partii Narodowej. Wszyscy trzej korzystają z nastrojów rozczarowania, nieufności i frustracji.
Do urn pójdzie również prawie 900 tysięcy cudzoziemców, którzy legalnie mieszkają w Chile od co najmniej pięciu lat. Jak zauważa Ricardo Gonzalez z Uniwersytetu Adolfo Ibañeza, większość z nich to Wenezuelczycy, którzy uciekli przed reżimem Nicolása Maduro i z tego powodu są niechętni lewicy. Wielu z nich popiera Kastę, licząc na twardszą politykę wobec nielegalnych migrantów i większe bezpieczeństwo.
Obowiązek głosowania nie jest w Chile nowością. Przez dekady był normą, aż do 2012 roku, gdy zniesiono go z nadzieją, że dobrowolny udział w wyborach zwiększy zaangażowanie obywateli. Stało się odwrotnie – frekwencja spadła poniżej 50 procent. Po masowych protestach estallido social (społeczna eksplozja niezadowolenia) w 2019 roku politycy zdecydowali się wrócić do starego rozwiązania. Najpierw w referendach konstytucyjnych w 2022 i 2023 roku, a później na stałe.
Ustawę przyjęto niemal jednogłośnie. „Kiedyś wierzyłam, że obywatele będą głosować dobrowolnie, rozumiejąc, że to nie tylko prawo, ale i obowiązek. Niestety, frekwencja wciąż malała. Dziś przymus głosowania jest konieczny dla legitymizacji instytucji państwa” – mówiła wówczas senator socjalistyczna Isabel Allende, cytowana przez chilijskie media.
Paradoks polega jednak na tym, że choć obowiązkowe głosowanie ma wzmocnić demokrację, może jednocześnie zwiększyć liczbę głosów nieważnych i pustych. W wielu dzielnicach Santiago ludzie czują się opuszczeni przez polityków i zapowiadają, że oddadzą pusty głos – w geście protestu wobec systemu, który nie daje im nadziei.
Obowiązek wyborczy miał przywrócić wiarę w instytucje, a zamiast tego pokazuje, że demokracja nie da się wzmocnić samą karą za bierność.
Na podst. „Le Monde”, „Libération” – oprac. red.










