Protesty przeciw wojnie Netanjahu
Tysiące Izraelczyków wyszło dziś na ulice Jerozolimy, Tel Awiwu i innych miast, odpowiadając na apel rodzin zakładników przetrzymywanych w Gazie. Domagają się natychmiastowego zawarcia porozumienia z Hamasem i zakończenia wojny, którą rząd Benjamina Netanjahu próbuje eskalować mimo sprzeciwu części społeczeństwa, armii i społeczności międzynarodowej.
Protestujący podkreślają, że ofensywa nie prowadzi do uwolnienia porwanych, lecz naraża ich życie. – Eskalacja wojny w samym sercu Gazy nie jest strategią, to okrutny hazard życiem naszych żołnierzy i zakładników. Zamiast poświęcać kolejne życia, żądamy powrotu zakładników w ramach umowy, powołania komisji śledczej w sprawie katastrofy 7 października i rozpoczęcia odbudowy państwa – mówi ojciec poległej żołnierki Eyal Eshel, cytowany przez francuski portal Liberation.
Na dziś zaplanowano około dwustu demonstracji. Protestujący zbierają się przed domami ministrów i posłów koalicji rządzącej, blokują ulice – w tym główną trasę z Jerozolimy do Tel Awiwu – oraz organizują wiece w centrach miast. Policja używa armatek wodnych i koni, by rozpędzać blokady, lecz manifestacje trwają dalej. Już od rana dziesiątki osób gromadziły się przed rezydencją premiera, skandując: „Zakończyć wojnę, przywrócić wszystkich!”. W Tel Awiwie wiele sklepów zostało zamkniętych, a tłumy z izraelskimi flagami i żółtymi transparentami wypełniły „plac zakładników”, gdzie wieczorem ma się odbyć największy wiec.
Do akcji przyłączają się samorządy i część dużych firm, także z sektora technologicznego. Wsparcie deklaruje opozycja. – To nie kwestia sporów politycznych. To głos rodzin zakładników i to wystarczy, by każdy, niezależnie od poglądów, wziął udział w strajku – apeluje jej lider Jair Lapid. Adwokatura izraelska także wzywa do protestu, podkreślając, że wszystkie służby bezpieczeństwa, z szefem sztabu generalnego na czele, sprzeciwiają się planom Netanjahu.
Największa centrala związkowa Histadrut nie popiera jednak strajku generalnego. Jej szef Arnon Bar-David przyznaje, że sercem jest po stronie protestujących, ale – jak twierdzi – wstrzymanie gospodarki nie zakończy wojny. Histadrut apeluje jednak do pracodawców, by umożliwili pracownikom udział w demonstracjach bez konsekwencji.
Netanjahu pozostaje głuchy na te wezwania. Na dzisiejszym posiedzeniu swojego gabinetu powtórzył, że dalsza ofensywa doprowadzi do uwolnienia porwanych. Odrzucił apele rodzin zakładników i uczestników protestów, twierdząc, że ich żądania końca wojny działają na korzyść Hamasu. – Ci, którzy domagają się zakończenia wojny, wzmacniają Hamas, opóźniają powrót zakładników i ryzykują powtórzenie tragedii z 7 października – stwierdził.
Zgodnie z szacunkami izraelskiej armii, spośród 251 osób porwanych przez Hamas 7 października, co najmniej 75 nie żyje. Około 50 zakładników wciąż uznaje się za przetrzymywanych w Strefie Gazy, przy czym co najmniej 27 spośród nich zostało już oficjalnie uznanych za zmarłych – mimo że ich ciała nie zostały odzyskane.
Równocześnie trwająca izraelska ofensywa pochłonęła już życie ponad 61 000 Palestyńczyków – głównie cywilów. Dane te zostały potwierdzone zarówno przez ONZ, jak i niezależne organizacje humanitarne.
Według najnowszych sondaży – m.in. Channel 12 z 12 sierpnia i Wall Street Journal z 17 sierpnia – od 74 do niemal 80% Izraelczyków popiera zawarcie porozumienia z Hamasem i zakończenie wojny w zamian za uwolnienie zakładników. Jednocześnie elektorat prawicowej koalicji rządzącej pozostaje lojalny wobec Netanjahu, co pozwala mu utrzymywać władzę mimo rosnącej presji społecznej.
Dzisiejsze protesty są próbą pokazania, że jego dalszy upór może doprowadzić nie tylko do dalszej tragedii w Gazie, ale także do głębokiego kryzysu wewnętrznego w samym Izraelu.
lib/jm/ja










