Pełczyńska-Nałęcz: Bez pracy nie ma kołaczy
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, wiceprzewodnicząca Polski 2050 i ministra funduszy, w rozmowie w Radiu Zet powiedziała: „Bez pracy nie ma kołaczy”, komentując pomysł wprowadzenia dnia wolnego w Wielki Piątek oraz czterodniowego tygodnia pracy. W ustach osoby, która nie musi martwić się o opłaty, śmieciówki czy nadgodziny, taka wypowiedź brzmi jak kpina z ludzi, którzy harują, by związać koniec z końcem. Miała zabrzmieć zwyczajnie – zabrzmiała chłodno i z wyższością, jakby przepracowanie było winą pracowników, a nie problemem systemowym.
To nie tylko niefortunna wypowiedź, ale znak myślenia, w którym państwo nie wspiera ludzi pracy, tylko obawia się inwestowania w ich dobrobyt – jakby było firmą, a nie wspólnotą.
Wielki Piątek? „Nie przesadzajmy z wolnym” – czyli selektywna wrażliwość
Pełczyńska-Nałęcz w Radiu Zet stanowczo odmówiła poparcia dla wprowadzenia dnia wolnego z okazji Wielkiego Piątku. – „Nie można dawać wolnego, ile dusza zapragnie” – powiedziała. – „Wielki Piątek nie wymaga przygotowań, nie ma tej kolizji, jak przy Wigilii” – dodała, sugerując, że święto to nie zasługuje na specjalne potraktowanie. Wyraziła opinię, że mamy już „wystarczająco dużo dni wolnych” i należy zachować „rozsądek”.
Tyle że według danych PIE i Eurofound, liczba ustawowo wolnych dni w Polsce (13) jest niższa niż w Belgii (24), Austrii (15) czy Szwecji (15), a Polacy i tak pracują dłużej niż średnia unijna.
Pomijany jest także aspekt nierówności – aż 78% pracowników handlu i usług pracuje w Wigilię i inne święta na niepełnych etatach, często bez dodatkowych świadczeń. Dla nich święta to nie wypoczynek, ale kolejna zmiana. W tej sytuacji uznaniowe rozróżnienie – „Wigilia tak, Wielki Piątek nie” – wydaje się co najmniej nieuczciwe.
Wypowiedzi te wywołały oburzenie szczególnie wśród przedstawicieli mniejszości religijnych – dla wielu ewangelików Wielki Piątek to najważniejsze święto w roku. Podział na „ważniejsze” i „mniej ważne” dni wolne ma nie tylko wymiar symboliczny, ale też systemowy: odzwierciedla nierówności między dominującą większością a mniejszościami.
Jak zauważyła Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, komentując temat na platformie X: „Pytacie w listach, czy po Wolnej Wigilii czas na wolny Wielki Piątek. A co, gdyby wolny był… każdy piątek? ?” – wskazując, że problemem nie jest tylko jedno konkretne święto, lecz szersze spojrzenie na prawo do odpoczynku i skrócenie czasu pracy.
Czterodniowy tydzień pracy? „Trzeba to skalkulować”
„Czy ktoś to gospodarczo skalkulował?” – pyta ministra funduszy w odpowiedzi na postulat skrócenia tygodnia pracy. Jakbyśmy mówili o utopii, a nie o realnych rozwiązaniach testowanych z sukcesem w krajach OECD.
Eksperymenty w Wielkiej Brytanii i Islandii pokazały: wyższa produktywność, niższa absencja, lepsze zdrowie psychiczne. Również w Polsce – choćby w Herbapolu – wprowadzenie czterodniowego systemu pracy przyniiosło wzrost efektywności.
Jak przypomina Agnieszka Dziemianowicz-Bąk: „Nie chcemy, żeby ktoś pracował krócej i zarabiał mniej. Chcemy, żeby pracował krócej i żył lepiej.” Ten postulat to nie fanaberia – to cywilizacyjna konieczność. Tymczasem reakcje ministry z Polski 2050 są chłodne, technokratyczne, jakby każda zmiana była zagrożeniem, nie szansą.
W rozmowie w Radiu Zet Pełczyńska-Nałęcz ostrzegała również, że „jest coraz mniej młodych ludzi, którzy muszą pracować na coraz więcej seniorów” i pytała: „Czy ktoś zobaczył, jaka będzie wysokość emerytur w efekcie, jakie będą zarobki?”
Tymczasem badania Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych z 2024 roku wykazują, że kobiety zatrudnione w systemie czterodniowym deklarują większą gotowość do posiadania dzieci – aż o 37% częściej niż kobiety pracujące w standardowym modelu pięciodniowym. Podobne wyniki przyniiosły eksperymenty w Szwecji, gdzie skrócenie dnia pracy do sześciu godzin w niektórych sektorach doprowadziło do wzrostu współczynnika dzietności z 1,7 do 1,9 w ciągu dekady.
To nie tylko argument za lepszą jakością życia, ale także konkretna odpowiedź na problemy demograficzne, na które powołuje się ministra. W ciągu ostatnich dwóch dekad współczynnik dzietności w Polsce spadł do 1,23 (2023), co oznacza jeden z najniższych wyników w UE. Prognozy ZUS wskazują, że do 2050 roku liczba osób w wieku emerytalnym przekroczy 11 mln, a pracujących będzie tylko 15 mln. W tej sytuacji kluczowe jest nie tylko wydłużanie czasu pracy, ale przede wszystkim tworzenie warunków sprzyjających godzeniu pracy z życiem rodzinnym.
Jak podsumowuje Dziemianowicz-Bąk: „Jeśli nie odważymy się myśleć o skracaniu tygodnia pracy, to przegapimy moment, w którym Polska mogła naprawdę coś zmienić. Nie możemy tylko gonić Zachód – musimy go czasem wyprzedzać.”
Wzór pracowitości
„Pracuję dużo, ale nikt mi nie kazał” – mówi Pełczyńska-Nałęcz, prezentując się jako wzór pracowitości. Tyle że ogromna część społeczeństwa nie ma wyboru. Nadgodziny, praca w kilku miejscach, zmęczenie i wypalenie – to nie styl życia, to konieczność. Pracuje się nie z pasji, ale z potrzeby przetrwania.
W tym kontekście słowa ministry nie brzmią jak motywacyjny apel, lecz jak banał klasy uprzywilejowanej. Taka narracja trywializuje realne problemy ludzi pracy.
Repolonizacja, czyli promocja prywatnych interesów
„Więcej polskiego kapitału – tak. Ale nie przez renacjonalizację” – przekonuje ministra. Dodaje: „Państwo nie powinno mieć hoteli”. To podręcznikowy przykład neoliberalnego redukcjonizmu, czyli przekonania, że państwo powinno ograniczyć swoją rolę do minimum, zredukować wydatki i oddać wszystko w ręce prywatnych firm. Jednak w ten sposób ignoruje się potrzeby społeczne i możliwość wykorzystywania publicznych zasobów do wspierania obywateli.
W wielu krajach UE państwowe hotele i obiekty noclegowe wykorzystywane są nie tylko komercyjnie, ale również jako część lokalnych strategii społecznych – od wsparcia w czasie kryzysów humanitarnych, przez krótkoterminowy pobyt dla osób w kryzysie bezdomności, po elementy systemu turystyki publicznej dostępnej dla mniej zamożnych. Rezygnacja z takich zasobów może ograniczać elastyczność państwa i samorządów w reagowaniu na potrzeby społeczne.
Twierdzenie, że „państwo nie powinno mieć hoteli”, stoi także w rażącej sprzeczności z twardymi danymi. Według Narodowego Banku Polskiego, udział kapitału krajowego w sektorze bankowym spadł z 58% w 1990 roku do zaledwie 21% w 2023 roku. Co więcej, 78% dotacji kierowanych do „polskich firm” trafia do podmiotów, w których kapitał zagraniczny przekracza 49%. O jakiej repolonizacji mówimy?
To nie jest odbudowa gospodarczej suwerenności, lecz prywatyzacja pod narodową flagą. Tymczasem prawdziwa alternatywa istnieje – to uspołecznienie: rozwój spółdzielni pracowniczych, wspólnot energetycznych, demokratycznie zarządzanych przedsiębiorstw lokalnych. To właśnie ten model gwarantuje, że kapitał i kontrola pozostają w rękach społeczności, a nie w rękach nielicznych właścicieli.
Bezpieczeństwo kontra parki – fałszywa alternatywa
„Wolę bezpieczeństwo niż kieszonkowe parki” – powiedziała Pełczyńska-Nałęcz. Trudno o bardziej krzywdzącą opozycję. Zieleń miejska to nie fanaberia – to element infrastruktury zdrowotnej i klimatycznej. Każdy hektar zieleni w mieście to średnio 1,3 mln euro oszczędności w kosztach leczenia, według danych WHO.
Ministerka nie ukrywała sceptycyzmu: „Zieleń miejska? Przepraszam, ale to nie jest coś, co w tym momencie decyduje o naszej przyszłości” – mówiła w Radiu Zet. A chwilę później dodała: „Ja wiem, że to modne, ale modą nie zbudujemy tarczy antyrakietowej.”
To retoryka fałszywego wyboru – jakby nowoczesne państwo musiało wybierać między czołgiem a drzewem. A przecież może rozwijać zieloną armię, inwestować w OZE, w ekologiczne technologie wojskowe – jak robi to choćby Wielka Brytania.
Jak wskazują raporty WHO i EuroHealthNet, zieleń w miastach najlepiej chroni przed chorobami układu oddechowego, wspiera zdrowie psychiczne i łagodzi skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych. To nie moda. To jeden z kluczowych warunków bezpieczeństwa społecznego w XXI wieku.
Promocja konta prywatnego – za pieniądze publiczne
Wirtualna Polska ujawniła szczegóły nietypowej umowy podpisanej między Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz a kierowanym przez nią resortem. Jak ustalił dziennikarz Patryk Michalski, dokument przewiduje możliwość wydawania nawet do 8000 zł miesięcznie z budżetu ministerstwa na promocję treści publikowanych na prywatnych profilach ministry w mediach społecznościowych. Choć formalnie określono to jako „użyczenie kont”, w praktyce oznacza to budowanie wizerunku publicznego osoby pełniącej funkcję ministra – za państwowe pieniądze.
Zapytana w Radiu Zet o tę praktykę, Pełczyńska-Nałęcz tłumaczyła: „Cel jest taki, żeby skutecznie dotrzeć do ludzi z informacją o projektach europejskich. Mam czarno na białym pokazane, że z profilu prywatnego post, nawet bez promowania, ma 16 razy więcej interakcji i 10 razy większe zasięgi niż ten sam post z profilu instytucjonalnego”. Według niej miesięczne wydatki promocyjne wynosiły średnio 1350 zł i „nie trafiają do żadnej prywatnej kieszeni”.
Problem polega jednak nie na bezpośrednich zyskach, lecz na charakterze tych treści – jak ustaliła Wirtualna Polska, wiele z promowanych materiałów to relacje z dnia pracy ministry, nagrania z jej aktywności w terenie czy spotkań z innymi politykami Polski 2050. To nie neutralna informacja publiczna, lecz budowanie osobistej marki z wykorzystaniem publicznych środków.
Jak zauważył prawnik Krzysztof Izdebski z Fundacji Batorego: „Nie powinno się promować osoby ministra za pieniądze z budżetu resortu. Ta umowa powinna zostać zerwana.” Tym bardziej że – według danych zebranych przez WP – oficjalne profile ministerstwa często mają większe zasięgi niż prywatne konta ministry, co podważa argument o „skuteczniejszym dotarciu do ludzi”.
Koniec złudzeń
W dzisiejszych czasach, gdy mamy problem z wypaleniem zawodowym, spadkiem liczby młodych ludzi i rosnącymi nierównościami, potrzebujemy nowych pomysłów. Niestety, Pełczyńska-Nałęcz zdaje się przekonywać, że nie warto zbyt szybko wprowadzać zmian. Takie podejście nie prowadzi do rozwoju, a do utkniecia w martwym punkcie – i to na nasz wspólny koszt.










