Arytmetyka wyborcza
W Polsce nikt nie musi się z nikim kochać, żeby wygrać wybory. Wystarczy policzyć głosy. A potem mandaty. Tyle i aż tyle.
Przewodnicząca klubu parlamentarnego Lewicy, Anna Maria Żukowska, powiedziała w TOK FM to, co jest w sumie oczywiste i najbardziej logiczne — Razem i Nowa Lewica mogłyby iść do wyborów wspólnie, a po nich stworzyć osobne kluby w Sejmie. Jak Trzecia Droga. Start razem, a później działanie osobno. Jest nawet chińskie przysłowie na taką okoliczność: „spać w jednym łóżku, ale śnić różne sny”. I to naprawdę wystarczy, żeby zdobyć większą ilość mandatów dla przedstawicieli lewicy.
Nie trzeba mieć wcale wspólnej, jednolitej duszy. Bo nie chodzi o uczucia. Nie chodzi o wspólne herbatki, wspólne hasła i wspólne komunikaty prasowe. Chodzi o głosy. I o to, jak te głosy zamieniają się na mandaty.
A zamieniają się według metody d’Hondta — tego cudownego wzoru, który nagradza dużych i karze małych. W telegraficznym skrócie — jedna lista z 9% ma większą siłę niż dwie z 5 i 6. Dwie listy to dwa progi, dwa ryzyka, dwa razy więcej powodów, by wypaść z Sejmu.
Ale to jeszcze nie koniec. Bo w tej naszej kochanej ordynacji głosy oddane na komitet, który nie przekroczy progu, nie liczą się przy podziale mandatów. To nie tak, że trafiają do kosza. One po prostu znikają z równania — a to sprawia, że największe partie dostają więcej mandatów za ten sam procent głosów. Głos oddany na komitet z wynikiem 4,8% nie tylko przepada — pomaga zwycięzcom. Głosy poza progiem wzmacniają tych, którzy i tak mają się dobrze — PiS, KO, Konfederację. Głosujesz z nadzieją na zmianę, a wychodzi dokładnie odwrotnie.
Dlatego wspólny start lewicy — z ustaleniem osobnych klubów — to nie akt miłości. To akt odpowiedzialności. Bo bez wspólnego startu możemy obudzić się z pytaniem: „dlaczego znowu nie mamy nikogo w Sejmie?”. A odpowiedź będzie prosta — bo zamiast kalkulatora, wybraliśmy focha. Ale trzeba też pamiętać, że do tanga trzeba dwojga. Trzeba się dogadać, ustalić zasady. Sprawiedliwie i z szacunkiem.
Lewicy nie potrzeba dziś wielkich słów. Potrzeba jej chłodnej głowy. A przede wszystkim – pokory wobec niesprawiedliwej rzeczywistości, w której metoda d’Hondta rządzi twardo i bezlitośnie.
Tak więc warto iść razem z Razem. Choćby osobno.










