Standaperce powiedzmy: dość! Prezydent z łaski Zgromadzenia Narodowego?
Kampania prezydencka według obecnej ordynacji ukazała wszystkie wady telemeledemokracji. Żałosne umizgi do publisi, erupcje obietnic jak na ślubnym kobiercu, wytrysk komunałów o odwiecznych sojuszach i wrogach, o cudach przedsiębiorczości i jasnogórska troska o prostego człowieka. Potrzebny reset, potrzebna debata nad odpowiednią do funkcji prezydenta procedurą wyboru arbitra sceny politycznej.
Obecna ordynacja to klęska Polski Solidarnej. U progu III RP obóz instalujący nowy system rządów nie potrafił wyłonić ze swego grona następcy generała Wojciecha Jaruzelskiego. Skoro ówczesna elita polityczna nie potrafiła sama się uporać z tym zadaniem – zwróciła się do rozjemcy, a więc do ogółu obywateli, elektoratu. Tak widzi genezę tej instytucji prof. Tomasz Słomka.
W ten sposób powstał ustrojowy potworek: prezydent ma legitymację równą parlamentowi, ale jego uprawnienia władcze praktycznie skazują go na rolę strażnika żyrandola. Jako arbiter powinien czuwać nad przestrzeganiem konstytucji w imię interesu narodowego – tak jak go pojmuje w danej sytuacji.
Choć sama konstytucja wymaga głębokiej korekty. Np. rozdziału (głównie teraz finansowego) kościoła katolickiego od państwa i jego budżetu. Co z realizacją koncepcji społecznej gospodarki rynkowej na wzór skandynawski? Albo co z nałożonymi ograniczeniami dotyczącymi fiskalnej polityki państwa w art. 216 konstytucji z 1997 r.?
Nie należymy, na szczęście, do Eurolandu, po co więc było wiązać się dogmatami niemieckich ordoliberałów w polityce gospodarczej państwa? Tak jakby nie było zasadniczej różnicy między budżetem rodziny a publicznymi finansami. To było zawierzenie państwa neoliberalnej ortodoksji opisanej w pakcie stabilności i wzrostu (1997).
Polski polityk najpierw decyduje, potem działa. Myśli na końcu.
Obowiązująca ordynacja wyborcza kreuje konkurs stand-uperów. Mają uwodzić swoim wdziękiem i oratorskimi popisami publiczność dużych miast i małych miasteczek, ludzi starszych i młode pokolenia, przedsiębiorców i prekariuszy. Słowem, tumanić wydumanymi zagrożeniami, kreować bieżące strachy i lęki, teraz też ekoterroryzmem.
Kiedy ucichnie kampanijny zgiełk – wszystko wróci do normy. Wtedy znów będą się liczyli liderzy partyjni, ich dwory i nosiciele teczek. Prezydent będzie na co dzień pilnował żyrandola, a od czasu do czasu zawetuje jakąś ustawę w interesie swojego obozu politycznego. Albo odeśle do Trybunału Konstytucyjnego.
Standaperkę wymusza obecna ordynacja wyborcza. Po pierwsze, skoro decyduje głos Jarząbków, trzeba się zwracać do publiki jako do członków wielkiej rodziny Polek i Polaków. Mają oni geny polskości i kulturowy kod wszystkich możliwych fobii, na czele z rusofobią i amerykofilią.
Albo traktować ich jako dumnych obywateli, których równymi czyni to, że wszyscy mają po jednym głosie. Ale jeden z głosowania wróci do podmiejskiej rezydencji, garsoniery, a nawet pałacu. To jakiś członek zarządu tej czy innej spółki, deweloper albo polityk.
Drugi będzie mógł konsumować Netflixa w pogierkowskiej klitce albo liczyć lata, które mu zostały do spłacenia kredytu na mieszkanie. To często jednoosobowy pseudoprzedsiębiorca, któremu trzeba obniżyć składkę zdrowotną.
Ale po drugie, te umizgi kosztują: wynajem sali, mobilizacja lokalnych notabli, żeby zapewnić frekwencję. Odpowiednie do tego fundusze i kadry mają tylko wielkie machiny wyborcze – nadwiślańscy liberałowie PO i konserwatywno-narodowa szuria PiSu.
Kandydaci o odpowiednim formacie intelektualnym, idący pod prąd do źródła obecnych problemów, nie mają szans w tej konkurencji. Nawet gdyby mieli program na kolejną, lepszą wersję polskiej wspólnoty życia i pracy – nie zdobędą uwagi. W takiej sytuacji są Magdalena Biejat, Piotr Szumlewicz i Adrian Zandberg.
A polskie społeczeństwo powinno zmienić azymut o 90 stopni – z zachodu na północ. Nie wyszło z drugą Japonią – trudno. PiSowi nie udało się powołać syjamskiej siostry Irlandii – i dobrze. Może więc przez Bałtyk, a nie przez atlantyckie mgły, powinien prowadzić szlak do czołówki cywilizacji.
Wówczas musi się pojawić publiczne planowanie i efektywnie działające instytucje państwa. Nowoczesna, skandynawska polityka socjalna oparta jest na dobrze funkcjonującym sektorze usług publicznych. To zatem, jak w Finlandii, egalitarny system edukacji (nawet bez szkół prywatnych!), dobra polityka senioralna, sieć publicznych żłobków, stołówki szkolne itd.
Enklawa przyzwoitych
Dlatego bądźmy konsekwentni. Skoro mamy w istocie system parlamentarno-gabinetowy, niech prezydenta-arbitra wybiorą reprezentanci narodu. Obywatele w tej sprawie już zdążyli się wypowiedzieć. Mandat takiego prezydenta będzie osłabiony, ale odpowiedni do systemowej funkcji arbitra.
Do przedyskutowania jest tryb wyłaniania kandydatów, wielkość głosów potrzebnych do uzyskania urzędu, procedura zmniejszania liczby głosów w sytuacji pata. Ale to proceduralne szczegóły. Ważne jest to, że dopiero wówczas o wyborze prezydenta może przesądzać test z dotychczasowej służby publicznej: w Trybunale Konstytucyjnym, w Najwyższej Izbie Kontroli, na stanowisku prezydenta wielkiego miasta czy kierującego prestiżową instytucją jak Polska Akademia Nauk.
Oczywiście, pod warunkiem, że wykazali się w służbie publicznej odpowiednimi kompetencjami eksperckimi, odpowiednią niezależnością sądu i autonomią wobec bieżącej polityki. I przede wszystkim lojalnością wobec interesu narodowego. Sprawdzili się jako mediatorzy, potrafili harmonizować rozbieżne interesy biznesu i klas pracowniczych, a także umacniać pozycję kraju w relacjach z sąsiadami.
Nie będę ukrywał, że dla wielu polskich inteligentów taką pomnikową postacią był nieoceniony i niedoceniony wybitny humanista, znany i uznany na Zachodzie i na Wschodzie, profesor Andrzej Walicki.
Ale przecież nietrudno wskazać godnych tej zaszczytnej funkcji. Osobiście bym wskazał profesor Ewę Łętowską, prezydenta Krakowa, pełniącego funkcję przez dwie dekady, profesora Jacka Majchrowskiego. Można też wskazać swego czasu pełniących funkcję prezesa czy wiceprezesa PANu profesorów Michała Kleibera czy Stanisława Filipowicza. Ich kwalifikacje zawodowe, osobowościowe i intelektualne już zostały zweryfikowane przez odpowiednie grona specjalistów, a także dotychczasową służbę publiczną. Są więc godni zaufania. Wśród obecnych parlamentarzystów też można znaleźć osoby o odpowiednim formacie intelektualnym, zarazem rozważne, doświadczone w publicznej służbie, np. senator Krzysztof Kwiatkowski. W wyborczej młócce nie mieliby szans z utalentowanymi stand-uperami. Ale oni niech lepiej spróbują sił w kabarecie. Też zabawią i rozśmieszą publikę.
Kogo odrzucamy?
Najważniejsze, by eliminować tych polityków, którzy swój pułap możliwości przywódczych osiągnęli już jako nosiciele teczek i laptopów.
Jeden z nich (nowoczesny minister A. Szłapka) znów prawił w Senacie o potrzebie podniesienia konkurencyjności europejskiej gospodarki. Daje tym wezwaniem dowód, że nie rozumie źródeł popularności agresywnego nacjonalizmu, popularności skrajnej prawicy i sukcesu wyborczego Donalda Trumpa. Wbrew zapewne intencjom, tylko z własnej głupoty ich wspiera – tym samym Putina, jak wołają jego koledzy ministrowie na czele z obrońcą przed „ruskim” cyberterroryzmem K. Gawkowskim.
Taką drogę zwiększania „przedsiębiorczości i konkurencyjności” przeszły Niemcy za sprawą reform Agenda 2000 i Hartz IV. Doprowadziły one do cięć podatków dla najlepiej zarabiających, obniżenia podatku od spadków, ograniczeń świadczeń socjalnych, wzrostu niepewności zatrudnienia, a także ograniczenia zakresu umów zbiorowych. Pojawiły się umowy freelancerskie.
Rezultat – już w pierwszej dekadzie obecnego wieku udział kapitału w podziale wartości dodanej netto firm wzrósł do 36%, podczas gdy siły roboczej zmalał proporcjonalnie do około 12 punktów procentowych. Tym samym około dwóch trzecich całkowitego wzrostu dochodu narodowego Niemiec pochodziło z szybkiego wzrostu dochodów kapitałowych. Dlatego niemieccy posiadacze kapitału pieniężnego mogli kupić za granicą aktywa o wartości 2,7 biliona euro.
Co najważniejsze, bezpośrednie inwestycje w przedsiębiorstwa i fabryki (w tym oczywiście w Polsce) stanowiły zaledwie 15% tych przepływów transgranicznych i tylko 22% ogólnej nadwyżki Niemiec. Z tej kwoty ponad 1,6 biliona euro to były banki kupujące obligacje i udzielające pożyczek, w tym Grecji (za cytowanymi niżej amerykańskimi ekonomistami).
Wcześniej zrobiły to elity Japonii, Korei Południowej, Singapuru, potem Chin. Na tym polega europejski „paradoks przedsiębiorczości”. I nie trzeba być Keynesem, żeby go zrozumieć. To bowiem w praktyce obniżka podatków, płac, kosztów ekologicznych. Czyli – znów spadek popytu w kraju, wzrost aktywów finansowych oligarchów, a one i tak ostatecznie trafią do Stanów Zjednoczonych.
Tu zaś powiększą nawis kapitału pieniężnego, który szuka rentownych lokat: może w uprawę soi, może w nieruchomości biurowe, może w biotechnologie, albo w autonomiczne samochody. Także obligacje rządu amerykańskiego i aktywa tutejszych firm to też dobra przystań po nabraniu mocy w raju podatkowym.
Amerykańskie banki i fundusze inwestycyjne będą mogły produkować kolejne instrumenty pochodne, obligacje zabezpieczone długiem (CDO), a także polisy ubezpieczeniowe – słynne credit default swaps, czyli CDS. Będą też mogły udzielać kredytów na studia biedocie, kredytować nieruchomości i konsumpcję importu chińskiego czy europejskiego.
Tu ważny jest militaryzm keynesowski – subwencje dla korporacji technologicznych, by kolejne generacje broni mogły skutecznie odstraszać niezadowolonych z polityki globalnego Minotaura. Rosną zbrojenia, wzrasta w siłę oligarchia.
W ten sposób powiększa się deficyt na rachunku obrotów bieżących, rośnie inflacja, ubywa dobrych miejsc pracy, pojawia się bezrobocie. W następstwie: wzrosną masy oburzonych na ….imigrantów. I o to chodzi w tym spektaklu dla ubogich, nie tylko duchem.
Dlatego system dolara jako waluty rezerwowej świata mógł być skuteczny, dopóki gospodarka amerykańska była równa wszystkim pozostałym. Teraz po deindustrializacji, kiedy reszta świata dysponuje trzykrotnie większym potencjałem, nie może wchłonąć oszczędności z Europy, z Chin, z krajów naftowych.
Jak piszą amerykańscy ekonomiści, „jednak do niedawna nikt spośród polityków głównego nurtu w Waszyngtonie nie miał odwagi zakwestionować tego systemu” (M. C. Klein, M. Pettis, Wojny handlowe to wojny klasowe, Poltext 2024).
Myślenie ma nadal kolosalną przyszłość. Tymczasem nadwiślańscy politycy dostrzegają tylko zagrożenia ze Wschodu. Straszą Czyngis-chamem Putinem. Takie czy inne collegium tumanum to za mało. Nawet nie wystarczy być piwowarem. Może prezydent z łaski Zgromadzenia Narodowego podoła wyzwaniu?










