Sojusz za haracz
Donald Trump nie widzi w NATO sojuszu obronnego, lecz biznes. Sojusznikiem jest ten, kto płaci – a wysokość składki może przesądzać o wsparciu w razie zagrożenia. Artykuł 5, fundament Sojuszu, miał gwarantować automatyczną reakcję na atak. Dziś okazuje się, że jego uruchomienie zależy od finansowych rozliczeń.
Prezydent USA naciska, by państwa Sojuszu zwiększyły wydatki na obronność do 5% PKB. Nie chodzi tu oczywiście o rzeczywiste potrzeby wojskowe, lecz o miliardy dla amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Logika jest prosta: kupujcie naszą broń, pompujcie pieniądze w naszą gospodarkę – to was bronimy. Nie chcecie? Radźcie sobie sami.
Polska płaci. W przyszłym roku na obronność przeznaczymy ponad 5% PKB – więcej niż jakikolwiek inny kraj NATO. Kupujemy amerykański sprzęt, budujemy strategię bezpieczeństwa w oparciu o USA. Jesteśmy wzorowym sojusznikiem, gotowym spełniać wszystkie wymagania dolarowego imperium.
Jeffrey Sachs stawia jednak fundamentalne pytanie: dlaczego Europa ma inwestować miliardy w amerykański sprzęt wojskowy, skoro w nieodpowiednich rękach może on stać się bezużyteczny, a nawet obrócić się przeciwko swoim właścicielom? Zbrojenie się w technologię militarną z USA miałoby sens tylko pod warunkiem, że istnieją solidne gwarancje, iż Waszyngton nie wycofa się ze współpracy w kluczowym momencie. Czy takie gwarancje mamy?
Historia uczy, że nie. Ukraińcy, mając na wyposażeniu amerykańskie HIMARS-y, mogą dziś jedynie na nie patrzeć – polityczna kalkulacja Białego Domu sprawiła, że dostawy amunicji zostały wstrzymane. Ale to nie wszystko. USA ograniczyły również dostęp Ukrainy do informacji wywiadowczych, co ma kluczowe znaczenie nie tylko na froncie, ale także dla systemów obronnych, takich jak baterie Patriot. Tyle okazały się warte zapewnienia o „nierozerwalnym partnerstwie” i wsparciu.
Co więcej, stało się to wszystko bez informowania sojuszników. Polska i reszta NATO dowiedziały się o tych decyzjach z mediów. Nikt w Europie nie został ostrzeżony, nikt nie został skonsultowany. Trump podejmuje decyzje, które mają kluczowy wpływ na bezpieczeństwo kontynentu, nie pytając swoich partnerów o zdanie. To jasny sygnał – Waszyngton przestaje traktować Polskę i inne kraje regionu jako ważnych graczy.
Kupujemy broń, wierzymy w sojusz, ufamy w bezpieczeństwo zagwarantowane zza oceanu. Ale wystarczy jedna decyzja Waszyngtonu, by nasze Patrioty, Abramsy i F-35 stały się kupą złomu. Charles de Gaulle już w 1962 roku ostrzegał: „Potrzebujemy własnych sił odstraszających. Gdybyśmy mogli liczyć tylko na amerykańską siłę uderzeniową, nie mielibyśmy żadnej realnej gwarancji.”
Jeśli Trump rzeczywiście postawi na „reset” z Moskwą, Europa – pozbawiona własnej realnej gwarancji bezpieczeństwa – zostanie postawiona pod ścianą. Wtedy jedyną realną ochroną będą sojusze oparte na wspólnych interesach, a nie na pustych gwarancjach.
A te interesy dzielą Europę na dwa obszary. Pierwszy to kraje, które odczuwają bezpośrednie zagrożenie ze strony Rosji – Litwa, Łotwa, Estonia, Polska, Ukraina, Rumunia oraz inne państwa dawnego bloku wschodniego. Dla nich agresja Kremla to nie teoretyczne rozważania, ale realne niebezpieczeństwo. Moskwa otwarcie mówi o konieczności ich rozbrojenia i powrotu do rosyjskiej strefy wpływów.
Blisko tej grupy są też Finlandia i Szwecja, które latami ufały neutralności, ale po rosyjskiej inwazji na Ukrainę zrozumiały, że to tylko złudzenie. Helsinki obawiają się destabilizacji i presji na długiej granicy z Rosją, Sztokholm obawia się, że strategiczna Gotlandia może stać się celem Kremla.
Turcja natomiast, choć nie traktuje Rosji jako bezpośredniego zagrożenia, doskonale rozumie, że każde przesunięcie strefy wpływów w Europie Wschodniej wpływa na jej własne interesy – zarówno nad Morzem Czarnym, jak i na Kaukazie czy Bliskim Wschodzie.
Drugi obszar to państwa Europy Zachodniej, dla których wojna to temat akademicki, który można omawiać na konferencjach i w raportach strategicznych. Niemcy, Francja, Hiszpania – dla nich Rosja nie jest bezpośrednim zagrożeniem, bo nie da się do nich dojść czołgami bez przejścia przez Polskę. W efekcie zachodnia Europa reaguje wolniej, mniej zdecydowanie i bez pilności, którą mają kraje frontowe.
Dla krajów wschodniej flanki NATO liczy się realna obrona przed Rosją, a nie akademickie rozważania o wartościach i solidarności. To dlatego powinniśmy myśleć o sojuszach regionalnych, opartych na wspólnych interesach.
Turcja już mówi o konieczności stworzenia nowej architektury bezpieczeństwa w Europie, niezależnej od USA. Minister spraw zagranicznych Hakan Fidan ostrzega, że „dżin został wypuszczony z butelki” – nawet jeśli Trump teraz nie wycofa się z Sojuszu, to kolejny po nim prezydent może dokończyć ten proces lub uczynić NATO organizacją fasadową, w której decyzje zapadają tylko wtedy, gdy opłaca się to Waszyngtonowi. Ankara, posiadająca drugą co do wielkości armię NATO, już przygotowuje się na scenariusz, w którym Europa będzie zmuszona do samodzielnego budowania swojej obronności.
Dlatego bardzo dobrze, że premier Donald Tusk w przyszłym tygodniu leci do Ankary. „Będę rozmawiał o większym zaangażowaniu Turcji, wszystko na to wskazuje, że Turcja jest do tego gotowa, na rzecz ustabilizowania sytuacji w regionie” – zapowiedział w Sejmie. W sytuacji, gdy lojalność Waszyngtonu staje się coraz bardziej warunkowa, Polska musi budować alternatywne ścieżki wzmacniania swojego bezpieczeństwa, zamiast naiwnie wierzyć, że w razie kryzysu Biały Dom zareaguje automatycznie.
Jak długo Polska może liczyć na USA? Tak długo, jak będzie to opłacalne dla nich opłacalne
Załóżmy, że Rosja decyduje się na użycie taktycznego ładunku nuklearnego i hipotetycznie uderza w polską bazę przerzutową dla Ukrainy. To nie byłby atak nastawiony na masowe straty w ludziach – strefa rażenia obejmowałaby kilka kilometrów, zginęłaby niewielka liczba żołnierzy. Ale polityczny przekaz Kremla byłby jednoznaczny. Czy NATO wówczas odpowiedziałoby zgodnie z traktatem? Czy Ameryka rzeczywiście podjęłaby decyzję o eskalacji? Raczej nie.
Donald Trump przecież otwarcie podważa wzajemność zobowiązań sojuszniczych. „Nie wiem, czy Europa by nam pomogła” – stwierdził, mimo że jedyny raz, gdy NATO uruchomiło artykuł 5, to rok 2001, po ataku na World Trade Center. Wtedy to europejscy sojusznicy, w tym Polska, bez wahania wysłali swoich żołnierzy do Afganistanu i Iraku, realizując nie swoje interesy, ale strategię Waszyngtonu.
Polska brała udział w amerykańskich wojnach, ale jakie to ma znaczenie dla naszego bezpieczeństwa? Misje w Iraku i Afganistanie, w które wciągnięto nas w ramach sojuszniczej solidarności, dziś nie mają już żadnego strategicznego sensu. NATO miało działać w jedną stronę – sojusznicy mieli wypełniać zobowiązania, a w zamian liczyć na gwarancje. Tymczasem okazało się, że gwarancje też podlegają negocjacjom. Lojalność nie wystarczy, jeśli nie idą za nią miliardy dolarów na amerykański przemysł zbrojeniowy.
I co z tego, że w Polsce stacjonuje 10 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Czy to gwarancja bezpieczeństwa? Trump już raz pokazał, że podejmuje decyzje bez konsultacji z sojusznikami. Jeśli uzna, że bardziej opłaca mu się dogadać z Rosją albo przekierować wojska gdzie indziej, może jutro powiedzieć: „zostaje was tu trzy tysiące”. A potem: „jednak nikt”.










