Jak zmieniali obyczaje
O zakłady mięsne budowane przez firmę Epstain z Chicago biło się kilka miast. Sokołów wygrał dzięki sprawnej organizacji i znaczącym wynikom w hodowli trzody chlewnej. Gdy w 1974 roku zakończono budowę, inwestor zorganizował koncert budowniczych kombinatu, przedstawicieli władz i mieszkańców Sokołowa współpracujących z nim. Gorąco zrobiło się, gdy w pierwszym rzędzie, obok siebie, postanowił posadzić księdza Stanisława Pielasę i pierwszego sekretarza KP PZPR Henryka Berezę.
Przy szerokim, asfaltowym trakcie – alei 550-lecia – stoi duma i prestiż Sokołowa Podlaskiego – Zakłady Mięsne Sokołów.
Pomogły… świnie
Lokalizację w Sokołowie Podlaskim firmy, która dziś jest jedną z największych w branży mięsnej w Europie, zawdzięczamy staraniom Lucjana Maraska – wiceprzewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Sokołowie Podlaskim – i Zdzisławowi Żałobce – przewodniczącemu Wojewódzkiej Komisji Planowania Gospodarczego w byłej Warszawskiej Wojewódzkiej Radzie Narodowej.
O zlokalizowanie u siebie zakładów mięsnych budowanych przez firmę Epstain z Chicago walczyło kilka miast. Sokołów Podlaski wygrał dzięki sprawnej organizacji i znaczącym wynikom w hodowli trzody chlewnej. Jak pamiętam, musiało być co najmniej sto sztuk na 100 ha użytków rolnych. I było. Realnie, nie w sprawozdaniach. Wielu rolników zapewne pamięta, że na hodowlę świń przeznaczano stodoły, garaże i pośpiesznie budowane, nawet z betonowych elementów przystanków autobusowych, pomieszczenia.
Budowlaną dokumentację w trybie przyspieszonym wykonywali pracownicy Wydziału Architektury i Budownictwa pod kierunkiem inż. Franciszka Łomży. Byliśmy na początku lat 70., bez urazy, najbardziej „zaświnionym” powiatem w Polsce. Ciekawe, jak jest teraz?
Towarzyszyłem budowie zakładów – od wizyty geodetów, wytyczających największą sokołowską inwestycję na gruntach rolnych b. PGR Przeździatka, które trzeba było w nagłym trybie odrolnić. Całe noce geodeci rysowali mapy i przygotowywali potrzebne do tego celu dokumenty za dobre słowo przewodniczącego i kolację, którą postawił za swoje pieniądze.
Do faktury fotka
Towarzyszyłem budowie z aparatem fotograficznym i razem z Heńkiem Rudasiem, Leszkiem Piećką i Michałem Kurcem dokumentowaliśmy kolejne etapy budowy do jej zakończenia i odbioru technicznego.
Rola kronikarza niepomiernie wzrosła, gdy centrala firmy z Chicago zażądała od kierującego budową pana Kempy, by do każdej faktury za wykonane roboty dołączać zdjęcia pokazujące postępy robót. Wyobraźcie sobie hektary dachów i posadzek na czarno-białych fotografiach w formacie 40×60 cm. Zgrzytali zębami moi instruktorzy na takie sztampowe zlecenie i jak mogli, wykręcali się od niewdzięcznej roboty.
Ja musiałem, bo dom kultury podjął się tego zadania za obietnicę zakupu aparatury dyskotekowej. Tymi zdjęciami zarobiliśmy na sprzęt nagłaśniający „Dynacorda” o wartości 17 tys. niemieckich marek. Warto było. Szkoda, że nie można odnaleźć negatywów tych i wielu innych historycznych zdjęć, skrzętnie opisanych i ułożonych w specjalnej kasecie, która była przez jakiś czas w lokalu udostępnionym redakcji „Gazety Powiatowej” przez SOK.
Koszty się nie liczą
W 1974 r. zakończono budowę i kierujący nią p. Kempa zlecił domowi kultury organizację koncertu dla budowniczych kombinatu, przedstawicieli władz i mieszkańców Sokołowa współpracujących z nim w realizacji tej inwestycji. Koncert miał być na miarę dzieła zrealizowanego przez firmę Epstain z USA. Koszty się nie liczą. Za wszystko zapłaci inwestor.
Natychmiast wziąłem się za organizację. Zaproponowałem, będący po sukcesach w Stanach Zjednoczonych, znakomity zespół jazzu tradycyjnego Vistula River Brass Band z Fryderyką Elkaną jako solistką, znakomitych konferansjerów i satyryków. Pani Lilien Frankowski – asystentka pana Kempy – była zachwycona propozycją, która trafiała w gusta międzynarodowej widowni.
Budowniczowie kombinatu pochodzili niemal z całego świata, co potwierdzają późniejsze małżeństwa zawarte z najładniejszymi sokołowiankami przez Jugosłowian, Niemców, Francuzów i Duńczyków.
W przeddzień koncertu zostałem wezwany do I sekretarza H. Berezy na tzw. dywanik i zobowiązany do zmiany miejsc w pierwszym rzędzie sali widowiskowej. Usłyszałem przy okazji kilka niepochlebnych opinii na temat moich wątpliwych – zdaniem sekretarza – kompetencji w kierowaniu domem kultury i zapowiedź, że powiatowy komitet PZPR wróci do sprawy, jeśli wynikną z tego kłopoty.
Obu doceniamy
Kłopoty wyniknąć mogły, bo nieznający polskich realiów pan Kempa, dysponując zaproszeniami, chciał posadzić w pierwszym rzędzie ks. Stanisława Pielasę i pierwszego sekretarza KP PZPR Henryka Berezę. Moje próby zamiany miejsc okazały się żałosne. Pan Kempa nie rozumiał bądź nie chciał zrozumieć argumentów, jakie przedstawiałem. Gorzej – przekonał mnie do własnych.
– Obaj przywódcy lokalnej społeczności współpracowali ze mną doskonale – mówił. – Moja firma odwdzięczyła się. Jednemu postawiliśmy wieżę na kościele tak szybko, że nie zdążyli interweniować urzędnicy z nadzoru budowlanego, a drugi dostał 1200 nowych miejsc pracy i zapewnienie dla rolników hodujących zwierzęta na długoletnią współpracę. Co w tym złego? – pytał rozbawiony budowniczy kombinatu.
Mnie też trudno było znaleźć logiczne argumenty. Powiedziałem tylko, że takie są u nas obyczaje, że publicznie nie pokazują się razem ksiądz dobrodziej z towarzyszem sekretarzem partii. Na co pan Kempa: to czas zmieniać te obyczaje i zaczniemy to pierwsi w Sokołowie, z okazji zakończenia budowy kombinatu.
Tak też się stało. W 1974 r. ks. Stanisław Pielasa, siedząc w towarzystwie tow. Henryka Berezy, słuchał muzyki jazzowej. Skandalu nie było. Muzyka łagodzi obyczaje, a jazzowa – podobno – budzi z letargu komórki mózgowe.










