Drony po horyzont
Najpierw 8 lat rządziła Platforma i zapewniała, że budowa elektrowni jądrowej jest priorytetem. Po niej 8 lat rządziło PiS i również zapewniało, że budowa elektrowni atomowej jest jednym z najważniejszych celów. I co? I nic. Ani jedni ani drudzy nie wbili nawet łopaty. Za to obecna koalicja rządząca zapowiada wygaszanie energetycznych bloków węglowych i zamknięcie najbardziej dochodowej kopalni w Polsce – Bogdanki.
OZE, czyli odnawialne źródła energii, pnie się w górę. I stanowi coraz większą część miksu energetycznego. Ale potrzebujemy stabilizatora, źródła energii, które funkcjonuje, kiedy nie dość wieje wiatr i nie świeci Słońce. Póki co tę funkcję pełni węgiel, ale władze zachowują się tak, jak gdybyśmy już mieli czym zastąpić węgiel. A nie mamy.
Należałoby więc zadać sobie pytanie, skąd weźmiemy prąd, skoro atomu jeszcze nie ma, a węglowe źródło jest likwidowane. Osiem lat to za mało, żeby zbudować elektrownię jądrową, dlatego między kadencjami zmieniającej się władzy powinna być ciągłość, koordynacja, ale zamiast tego mamy nieustający spór polityczny, który nie pozwala nie tylko dokończyć budowy, ale nawet zacząć. Pani wojewoda na Pomorzu cofnęła zgodę na budowę i warunki zabudowy wydane jeszcze za rządów PiS.
Polska nigdy nie była tak bogata, ale i tak podzielona. Wydajemy jakieś bajońskie sumy na obronność. A drony swobodnie hulają po polskim niebie, a nawet nad Kancelarią premiera. Strzelamy do nich pociskami wartymi miliony i rzadko trafiamy. Podrywamy arcy drogie samoloty, które za szybko latają, żeby trafić zabawki poruszające się z prędkością 200 km na godzinę.
Nasze „efy” latają prędkością ponaddźwiękową, więc szansa trafienia ruskiego drona jest słaba. Dlatego większość nie została trafiona. Potrzebujemy dronów, a najlepiej fabryki dronów. W przeciwnym razie nie jesteśmy przygotowani na żadną agresję. Pominąwszy fakt, że atak rosyjski w najbliższym czasie nam nie grozi. Ale wysyłanie dronów wystarczy, aby pokazać, że jesteśmy bezbronni. A to dla Putina wielka frajda.
Trwają spory o to, kto i gdzie kupi więcej koni do naszej kawalerii powietrznej. Kto kupi od Trumpa więcej pancernego złomu, trwają, a fabryki dronów – o wiele tańszej – jak nie było, tak nie ma. Obecna sytuacja przypomina okres przed II wojną światową, kiedy to byliśmy dumni z naszej kawalerii. I rzeczywiście nasze konie (dziś czołgi) były wspaniałe, ale Polski nie obroniły.
Od lat mówi się o wybudowaniu w Polsce fabryki leków generycznych. Póki co jesteśmy uzależnieni od importu substancji czynnych z Indii. Gdyby któregoś dnia Hindusom przyszło do głowy wstrzymać ten eksport do Polski, zostajemy bez leków. Tym razem obie rządzące na przemian partie ulegają presji koncernów farmaceutycznych, którym leki generyczne się nie podobają, bo są tańsze od tych markowych, a działają tak samo.
Dziś wszyscy są przeciwko umowie z Mercosur. Twierdzi się, że będziemy zmuszeni importować tanią żywność, niespełniającą naszych standardów jakości. PiS twierdzi, że to wszystko wina Niemiec. Ale przecież nie ma już mniejszości zdolnej ten układ zablokować. Forsują go amerykańskie koncerny, które wykupiły większość żyznej ziemi w Brazylii i Argentynie.
Ale PiS woli walić w Niemcy niż w amerykański kapitał, żeby broń Boże nie urazić Trumpa, który za swoim kapitałem stoi murem. Mówi się, że Niemcy skorzystają na bezcłowym eksporcie do Ameryki Południowej. Ale my też skorzystamy, bo duża część tej niemieckiej produkcji powstaje przy udziale podwykonawców z Polski. Polska i niemiecka gospodarka są zrośnięte. Im lepiej dzieje się Niemcom, tym lepiej Polsce.
Przez dziesięciolecia Unia Europejska dotowała swoje rolnictwo i chroniła je przed zewnętrzną konkurencją. Gdy wybuchła wojna na Ukrainie, zrobiliśmy pierwszy wyjątek i wpuszczaliśmy żywność niespełniającą europejskich norm i o wiele tańszą, żeby pomóc broniącej się przed rosyjską agresją Ukrainie. Teraz jednak chodzi o całkowitą zmianę polityki, praktycznie o likwidację większości europejskiego rolnictwa.
Ma zginąć rolnictwo i rolnicy. Nie będzie już dożynek, bo tak zdecydowały koncerny i liberalna doktryna mówiąca o tym, że nie wolno niczego dotować, bo to rynek wyznaczy zwycięzcę. Czy polscy rolnicy na tym ucierpią? Oczywiście, że ucierpią. Ucierpią też rolnicy francuscy, włoscy, hiszpańscy. Dlaczego? Bo rządzi kapitał i on o większości takich umów decyduje. Demokracja to tylko fasada, a za kulisami karty rozdają korporacje. A w Ameryce Łacińskiej – korporacje z USA.
Skończy się zatem bezpieczeństwo żywnościowe w UE. I zostaną tylko Japończycy uprawiający swój najdroższy ryż na świecie na górskich tarasach. I im ryżu nie zabraknie, choć jego uprawa jest jakieś trzy razy droższa niż tego z importu. Ale Japonia od importu zależna nie jest. Więc może warto było obronić wspólną politykę rolną? Polska niewiele jednak dołożyła do tych starań, bo nawet w takiej ważnej sprawie PiS i PO sabotowały nawzajem działania swojej dyplomacji.
„Zaczęli bez nas” – stwierdzili Krzyżacy, widząc, że pod Grunwaldem toczy się już bitwa, choć bez ich udziału. Tak przedstawił nas na satyrycznym rysunku Andrzej Mleczko.
Gdyby siłom rządzącym na zmianę naszym krajem zależało na nas, mieszkańcach, potrafiliby w jakiejkolwiek ważnej sprawie się dogadać. Dla dobra wspólnego. Ale gdzie tam. Niedoczekanie – im zależy tylko na władzy, nie na Polsce.
Źródło: Facebook: Piotr Ikonowicz










