Byli kolonizatorzy mają znów kolonię – Europę
Jednego nam na pewno nie brakuje. To współczesne strachy na Lachy. Nadwiślańscy liberałowie starszą populizmem i Czyngis-chamem. Populiści straszą opiekuńczym państwem, imigrantami, ekoterroryzmem i eurokołchozem. Reszta boi się długu publicznego i inflacji. Gdzie ukrywają się ci, którzy decydują o naszym życiu teraz i w przyszłości?
Strach przed zadłużeniem. Wielu ekonomistów przekonuje, że nie można mylić zadłużenia gospodarstwa domowego z długiem publicznym. W Polsce to np. K. Łaski, L. Podkaminer, A. Sopoćko. Nie ma się czego bać, bo w państwie emitującym własną walutę odsetki pozostają pod kontrolą banku centralnego. Może nad nimi nie panować aktualny prezes, ale to całkiem inna bajka. Obligacje trafiają na rachunki banków, powiększając ich rezerwy. Jedyny sposób na ich pozbycie się to zakup obligacji w tej samej walucie od państwa. Dlatego narodowy pieniądz jest narzędziem polityki publicznej. Nic tu nie dzieje się kosztem „podatnika”, a jedynym ograniczeniem jest potencjał realnej gospodarki. Np. Amerykanie rolują swój dług od lat 30-tych XIX wieku. W UE zaś Pakt Stabilności i Wzrostu, utrwalił tyko dogmaty niemieckich ordoliberałów o limitach deficytu budżetowego i długu publicznego (odpowiednio 3% i 60% PKB). Z tego powodu PiS musiał ukrywać „zadłużenie” w różnych funduszach pozabudżetowych. Gorszy jest tylko ich dogmat o konkurencyjności, kiedy prawdziwi konkurenci w Japonii, Korei Płd., w USA wspierali szerokim strumieniem publicznych funduszy modernizację swojej gospodarki. To była autentyczna autokolonizacja.
Natomiast realny problem leży gdzie indziej. Pisowska trupa kupowała władzę za łapówki ze wspólnej kasy. Ale nie tworzyła nowoczesnego państwa socjalnego. Także koalicja nadwiślańskich liberałów nie buduje systemu usług publicznych, nie koryguje systemu podatkowego. Zamiast VATu, obciążającego klasy pracownicze, nie wprowadza sprawiedliwych podatków dochodowych i majątkowych. Nadwiślańscy liberałowie uwolnili też 2,2 mln „samozatrudnionych” od odkładania na emeryturę. Obniżyli też składkę zdrowotną dla bieda-biznesu.
Znów rozumni szałem. Nadwiślańscy politycy kosztem innych ważnych wydatków budują fort Polanda, mając za sąsiada państwo posiadające ponad pięć tysięcy głowic jądrowych. Ponieważ jego przeciwnicy mają niewiele mniej – strach przed inwazją tego kraju na Europę kwalifikuje się, jak pisze znany ekonomista Thomas Palley, do kategorii „szaleństwa władzy” (The Ukraine war and Europe`s deepening march of folly, Defend Democracy Press, 27.03.25). To kategoria analizy polityki, którą zastosowała Barbara Tuchman w jednej ze swoich błyskotliwych książek. I w dziejach świata, i w dziejach Europy to rodzaj choroby psychicznej, która ogarnia sprawujących władzę w przełomowych momentach historycznych. Stają się oni wówczas zagubionymi ćwierćprzewodnikami swoich narodów. Sami albo nie są w stanie zrozumieć nowej sytuacji historycznej, albo nie chcą nic zmienić, bo wówczas musieliby porzucić dotychczasową strategię działania. Żyją urojeniami. I ta bezradność i bezwład myślowy najbardziej ich dyskwalifikuje jako przywódców.
I tak się dzieje, odkąd powstał w wyniku przemyślanej strategii państwa chińskiego – nowy kolos gospodarczy. Co więcej, rzuca upojonemu demokracją wyborczą Zachodowi także wyzwanie ustrojowe. Ani nie pozwala portfelowemu kapitałowi Zachodu przejmować krajowej nadwyżki. Ani też nie pozwolił na rozbrojenie swego państwa z narzędzi regulowania gospodarki. Chińska gospodarka już wdraża nowe technologie teleinformatyczne do procesów produkcyjnych: internet rzeczy (IoT), sztuczną inteligencję (AI), big data, robotykę, druk D3, i obliczeniową chmurę, a także sieć 5G. Częściowo zastosowało zintegrowaną platformę Master Data Management już w 30 tys. fabrykach, w tym w 230. inteligentnych fabrykach najwyższej jakości. Państwo chińskie zachowuje też autonomię tak wobec własnego, jak i zagranicznego biznesu. To boli najbardziej amerykańskie fundusze posługujące się spekulacyjnymi strategiami inwestycyjnymi jak fundusze hedgingowe. Te pijawki realnej gospodarki na całym świecie wynagradzają swoich menedżerów success fee, nie bacząc na koszty społeczne i ekologiczne ich wirtuozerii finansowej.
W gorszej sytuacji znalazły się kraje przewodzące obecnie Europie: Anglia, Francja, Niemcy. Najpierw musiały gościć u siebie sojuszniczą armię z drugiej strony Atlantyku. Teraz doświadczają ostatecznego zamknięcia swojej kolonialnej i neokolonialnej przeszłości. Tracą atuty do przewodzenia komukolwiek. Tracą bowiem nie tylko dochody z nierównej wymiany z byłymi koloniami. Według szacunków nawet jedna czwarta ichniejszego PKB pochodzi z relacji wymiennych z globalnym Południem, zwłaszcza Afryką: pracy jak 13 do 1, eksploatacji ziemi 5 do 1 i surowców jak 3-1. Przywódcy państw na kontynencie bez surowców i minerałów wybrali droższy, „demokratyczny” amerykański LNG. Chcą teraz wydawać 800 mld euro, żeby ratować upadające gałęzie przemysłu: produkować zamiast samochodów autonomiczne czołgi, może nawet samoloty. Mają setki doradzających think tanków z naciskiem na tanki. Europa staje się kolonią amerykańską. Wbrew obiegowej opinii to nie wytłumienie rywalizacji między firmami dominujących narodów europejskich legło u podstaw integracji. Jak stwierdza belgijski historyk David van Reybrouk, to „dekolonizacja była kluczowym elementem europejskiej integracji”. Kiedy w l. 1955-57 prowadzono rozmowy nad traktatem rzymskim – powstawały nowe, niezależne państwa w Azji i Afryce z byłych kolonii Europejczyków. Europejskie mocarstwa kolonialne chciały przedłużyć pod płaszczykiem integracji i wolnorynkowej polityki swoje imperialne wpływy. Bo okazało się, że tworzą tylko półwysep wielkiego kontynentu Eurazji. Ale teraz swoją nadwyżkę via londyńskie City eksportują do ojczyzny pieniądza światowego – na Wall Street. Np. niemieccy krezusi kupili w l. 2002-2008 za granicą aktywa o wartości ponad 2,7 biliona euro. Teraz popłynie ona dodatkowo do patrona w postaci wydatków na zbrojenia, skoro pozostawili kalifornijskim big techom technologie cyfrowe i rynek reklam na platformach. Na razie tylko holenderska firma ASML do litogafii EUV (w skrajnym nadfiolecie) stanowi niezbędne ogniwo w produkcji półprzewodników. Dlatego zamówienia popłyną do szczęśliwych amerykańskich producentów uzbrojenia: Northrop Grummana, Lockheed Martina czy Raytheona. Komisja Europejska broni za to dogmatu konkurencyjności jakby ona sama, a nie energetyczni niewolnicy, czyli energia z tanich węglowodorów, leżała u podstaw hiperindustrialnej współczesnej gospodarki.
Po umowie o wolnym handlu z Ameryką Południową pod jarzmem oligopolu kontrolującego podaż żywności i ich ceny znajdzie się europejski rolnik. Polski już rozpoczął walkę z Goliatem globalnego agrobiznesu. Naprzeciwko za sprawą unijnych władz stoi oligopol, na czele z agrokorporacją Cargill – rodzinną własnością MacMillanów i/lub Cargillów. Wspólnie z sześcioma innymi championami kontroluje 77% rynku nawozów (pozostałe to m.in. Bayer, BASF, DuPont). Tak więc konsumowaną przez nas żywność produkuje przemysł spożywczo-chemiczny. Na rynku zbóż króluje oligopol: ADM, Bunge, Cargill i Dreyfus. Te korporacje kontrolują produkcję „zielonego złota”: pszenicy, kukurydzy, ryżu. W nowej sytuacji polski rolnik powtórzy chłopską drogę swoich afrykańskich kolegów. Ale nawet nie będzie mógł zbierać elektrośmieci wokół wielkich miast, bo te wywędrują na globalne Południe.
Wydatki na zbrojenia, w części przecież pozostające na miejscu, ustabilizują na moment gospodarkę i koniunkturę. Ale na dalszą metę pogłębią tylko kryzys planetarny. To bowiem bardzo kosztowne wydatki również ekologicznie. Groźniejsze jest to, że stabilizują amerykański model kapitalizmu udziałowców, rentierów, dysponentów światowego pieniądza. Pozwolą amerykańskiemu państwu podtrzymywać model gospodarki rujnującej planetę. A już obecnie gdyby pozostali mieszkańcy Ziemi chcieli się odżywiać jak Amerykanie, potrzebowalibyśmy dwóch planet tylko na potrzeby gospodarki rolnej.
W czyim zatem interesie prowadzą Europę E. Macron, K. Starmer, F. Merz czy przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen? Chyba tylko tych, którzy lokują swoje aktywa w amerykańskie obligacje, w produkty finansowe, w kapitalizm platform, zbrojeń, wydobycia węglowodorów i minerałów ziem rzadkich. Bez uwzględniania realiów ekologicznych i systemowego kryzysu gospodarki poddanej logice zysku jest tzw. raport Draghi`ego „on UE competitiveness”. Ten włoski bankier i lobbysta sektora finansowego wierzy, że od szybszego mieszania cukru w szklance europejska herbata stanie się słodsza. Fałszywa diagnoza prowadzi do błędnej strategii; fałszywa, bo nie przekracza horyzontu poznawczego kamerdynera systemu. A fałszywa diagnoza i błędna strategia tylko przybliża planetarny kryzys i mineralną eschatologię. A w walce z tym kryzysem niewiele pomogą powstające w laboratoriach, w parkach nauki kolejne generacje broni, kolejne technologie obróbki informacji. Bo bity nigdy nie zastąpią atomów. Wciąż największym uzbrojeniem gatunku jest mózg ludzki. Tylko trzeba umieć się nim posłużyć.
Wylęgarnia populizmu. I np. zobaczyć, kto stoi za widocznym podmiotem władzy. Z cienia wyszedł niedawno w Stanach Zjednoczonych Elon Musk, w Polsce Rafał Brzoska. Działania tytanów przedsiębiorczości przyniosły konsumentom nowe dary Rynkowego Pana. Ale też pogorszyły warunki zatrudnienia klas pracowniczych całego świata. Powiększyły się szare szeregi ludzi zbędnych. Może ich być nawet kilka miliardów. Zmiany klimatu wypędzają z małych ojczyzn globalnego Południa miliony szukających szans przetrwania.
Proces pogorszenia się warunków życia i pracy dotyka szczególnie peryferia, do których należy też dumny kraj z 20. PKB świata. Tutaj też pracownik traci dobre warunki pracy i godziwą płacę. Jego rozsądkowa racjonalność wskazuje mu jedynego sprawcę pogorszenia pozycji na rynku pracy. To wobec państwa kieruje swoją złość i agresję: wobec jego podatków, urzędów, kunktatorskiej polityki, w końcu także wobec unijnych urzędników. Kieruje więc na pośrednie ogniwo swojej obecnej kondycji: zagrożeń stabilnej pracy ( tu straszy AI), dochodów, jakości usług publicznych. Tak więc za swoją niedolę obwinia państwo, i obsadza je w roli głównego wyzyskiwacza. I poniekąd słusznie, bo to ono uelastyczniło stosunki pracy, stworzyło strefy specjalne, a głównym źródłem swoich dochodów uczyniło podatki pośrednie (VAT). Nic dziwnego, że już pół miliona emerytów musi się utrzymywać za 1620,67 zł na rękę miesięcznie. Według GUSu połowa pracowników najemnych w kraju zarabia mniej niż 5080 zł na rękę. Wszystko to razem tworzy podłoże populizmu i agresywnego nacjonalizmu.
To fałszywe rozpoznanie interesu klasowego na gruncie świadomości potocznej sprawia, że stają się klientelą wyborczą rodzimej anachronicznej, libertariańskiej i narodowej prawicy. Teraz to głównie Konfederacja. Jak pisze wnikliwy analityk, „dlatego właśnie nurty skrajnej prawicy wróciły do klasycznego repertuaru faszystowskiego imaginarium, atakując zbyt wysokie podatki, imigrantów i Żydów, czyli wszystkich tylko nie tych, którzy bezpośrednio wyzyskują, zwalniają i oszukują”. (Mikołaj Ratajczak, Pożytki ze strajków. Le Monde diplomatique, lipiec/sierpień 2025, s. 40). Dlatego sprzedawca swojej siły roboczej nie postrzega kapitalisty jako sprawcy swojej marniejącej kondycji: rodzimego, zagranicznego, zwykle rentiera buszującego w sektorze finansowym świata. Może nim być także piwowar, unikający podatków dzięki kamuflażowi rodzinnej fundacji.
I dlatego na polskiej scenie politycznej nic się nie zmienia. Tu nadal bryluje standaperka. Tu politycy wyznaczają tematy dla komentującej ich opinie i działania niby-czwartej władzy. Ale ci komentatorzy też nie są w stanie wyartykułować innej, bardziej adekwatnej interpretacji pędzących zdarzeń i rysujących się tendencji historycznych. Przygnębia intelektualna mizeria tzw. publicystyki. Chyba za bardzo nam się zdemokratyzowały media. Teraz zewsząd słychać: „jak byle kto mówi byle co do byle kogo” (Tadeusz Różewicz). Tacy są późni wnukowie przywódców Powstania Warszawskiego. Polska walczy, albo chociaż zbuduje fort Polanda za kilkadziesiąt mld dolarów. Będą poligony, lotniska, schrony, dywizje zamiast szpitali, obserwatoriów astronomicznych, publicznej edukacji na wysokim poziomie. Nie lepiej jest w ojczyźnie podziwianej przedsiębiorczości big techów. W tym kraju połowa wszystkich Amerykanek i Amerykanów ledwo wiąże koniec z końcem, zaś 40 mln cierpi ubóstwo. W ubóstwie żyje jedno dziecko na pięcioro, podaje ekonomistka Stephanie Kelton.










