Biden zaorał Mentzena. Patokapitalizm is bad
Tiktokowy Sławomir przy wsparciu Szczebiotek-Konfetek daje odpór słowem całemu lewactwu: lokalnemu, europejskiemu i światowemu. Ale przyszła kryska i na Muska, i na jego krajowych naśladowców. Zagrzmiał sam przewodnik z żywotnego centrum świata. Powtórzył memento swego poprzednika z 17 stycznia 1961 r. Prezydent Dwight Eisenhower w swoim pożegnalnym przemówieniu ostrzegł rodaków przed niebezpieczeństwem wpływów kompleksu wojskowo-przemysłowego kraju. Zagraża on bowiem „naszym swobodom i procesom demokratycznym”. Sześć dekad później analogiczne ostrzeżenie kieruje do rodaków prezydent Joe Biden. Na celowniku znalazł się kompleks militarno-finansowo-kongresowy. Na jego czele staje gość o mentalności rozkapryszonego nastolatka. Na horyzoncie rządy uprzywilejowanej elity, a nie demokracja.
Prezydent Biden ostrzega przed oligarchami. Ale to ich wyhodowało państwo, także pod jego kierownictwem. Od czasów zimnej wojny karmiło ono swoją piersią te wszystkie korporacje, których zyski i technologie mogły wspierać armię. To wielka rodzina firm tuczonych przez ARPĘ; firm, które budowały rakiety, nuklearne reaktory, komputery, rozwijały technologię półprzewodnikową: IBM, Intel, Bell Labs, Texas Instruments, Fairchild Semiconductor i wiele innych. Amerykańskie państwo, a więc tzw. podatnicy, wspierało ich subwencjami, obniżką podatków, umożliwiało migrację zysków do rajów podatkowych. Różnica obecnie jest taka, że demokracji zagrażają nie tylko menedżerowie, właściciele i udziałowcy korporacji zbrojeniowych, telekomunikacyjnych, finansowych czy z sektora surowcowego. Trzeba tę listę uzupełnić o samych kongresowych polityków. Bo ta najwyższa władza składa się również z milionerów i miliarderów – lobbystów różnych sektorów amerykańskiej gospodarki. Do takiego modelu kapitalizmu namawia i chce prowadzić polskie młode pokolenia rodzimy tyci Musk – piwowar Mentzen: nazywajcie mnie Milijon, bo za miliony kocham. Jego tiktokowe triki znajdują odbiorców wśród naiwnych polskich korposzczurów, freelanserów, a nawet prekariuszy. Słowem, to odmóżdżone przez neoliberalną hegemonię rzesze wyimaginowanego „cyfrowego społeczeństwa”: to ofiary podkastów, inforozrywki, medialnego komentariatu, i … politycznych stand-uperów. Ich zdroworozsądkowe mądrości tylko maskują żywotne potrzeby Systemu. Ulegli przemocy symbolicznej w czasach post-intelektualnych, według celnego określenia filozofa i eseisty Pawła Kozłowskiego. Dzieje się tak dlatego, że „siła fizyczna jest jawna, siła słów i symboli jest ukryta, ale na ogół skuteczniejsza, zmienia głowy” – jak zauważył wybitny humanista Andrzej Walicki. Dlatego ofiary tej przemocy mają takie potrzeby, jakich wymaga System. Ich marzenia na razie realizują kalifornijscy doliniarze. Coraz więcej młodych patriotów odnajduje swoje poglądy w agresywnym nacjonalizmie, czasami wręcz w protofaszyzmie.
Tak kończy Polska Solidarna ze swoimi przywódcami, którzy mówią, że druga wojna światowa przyszła ze „wschodu”, a zakończyła ją w czerwcu 1989 r. nadwiślańska opozycja demokratyczna. Dają gwarancję bezpieczeństwa zbrodniarzowi wojennemu, a zarazem krytykują państwo węgierskie za udzielenie azylu polskiemu politykowi podejrzanemu o przestępstwa urzędnicze. Już nie dziwi, że boją się „seksualizacji” młodzieży – jak minister obrony zygot; że budują fort Polanda u boku mocarstwa posiadającego tysiące głowic z ładunkami jądrowymi. Wciąż tkwią w mentalności zimnej wojny, i nie widzą kryzysu planetarnego formacji, której wiernie służą. I która wynagradza ich wierną służbę pochwałami Wuja Sama, a nawet, bywa, merlotem z Chateau Pertus.
Jakiej Polski chciałby wściekły biały mąż? Cała prawica ma dylemat: z jednej strony chciałaby przerobić kraj „na kantor i fabrykę”, ale tak by w nim zostało miejsce „na krzyż i kościół”. By nie było tak, że „chleb będzie, ale serca nie stanie”, jak się obawiał Józef Ignacy Kraszewski. To samo pęknięcie przenika ideologię Konfederatów: idźcie i bogaćcie się w dżungli społecznej nie oglądając się ani na kryzys planetarny, ani na biedotę globalnego Południa. To teraz może być wyrobnik plantacyjny w Afryce, szwaczka w Bangladeszu, albo nawet proletariusz biurowy w warszawskim mordorze.
W tej sytuacji strategia polskiej prawicy polega na tym, żeby łączyć „materializm” (egoizm, chciwość, komercjalizację), pożądanie zagranicznego inwestora, kult cyfrowego biznesu, teraz AI – z oporem wobec zmian kulturowych. Bo najlepszy wyrobnik to ten, który czeka na nagrodę od wyższego pana, może w ostateczności Najwyższego. Polska tradycja to połączenie kulturowego oporu („kochać i czcić to, co moi ojcowie i dziadowie”) z bałwochwalczą czcią Świętego Rynku. Składa się na nią kilka „wartości”. To dworek (czyt. rezydencja) na wsi, a w niej tradycyjny, obrazkowy katolicyzm oparty na pielgrzymkach na Jasną Gór i kulcie pomników JP2 – przeciwstawiony „duchowemu żydostwu”, cywilizacji śmierci, marksizmowi kulturowemu, neomarksizmowi. Ten obecnie zastąpił masonów. Do tego jeszcze dochodzi eurokołchoz i ekoterror. Dalej, to humorystyczny mesjanizm: kiedyś przedmurze Europy, na dodatek awangarda prawdziwej religijności, przednia straż cywilizacji zachodniej przed wschodnim barbarzyństwem, a konkretnie jednym barbarzyńcą, prawie Czyngis-chanem (chamem)?
Dlaczego wszyscy polscy agresywni nacjonaliści od PSLu, PiSu po Konfederację i Grzegorza Brauna mają za sobą połowę polskiego elektoratu? I dlaczego, kiedy przyciśnie zwolennik zachowania kulturowego skansenu jak chłopek roztropek z PSLu, to bojowi nadwiślańscy liberałowie przestają dąć w wolnościowe surmy? Pierwsza przyczyna to zbiorowy konformizm, przymus stadnego myślenia: o amerykańskim sojuszniku, o zawsze wrogiej Rosji, o buszujących w lasach z karabinem w ręku, o cudach wolnego rynku i prywatnej własności, o uciechach liberalnej demokracji, o czarnej dziurze historycznej, jaką była dla prymitywnych antykomunistów Polska Ludowa…. Nie sprzyjał swobodzie dyskusji patriotyczny obowiązek walki z zaborcą, z okupantem, z „totalitaryzmem”, z Putinem. Wszyscy w jednym szeregu za bohaterami kandydata „obywatelskiego” Karola Nawrockiego, który teraz przebywa na urlopie (od myślenia?). Masz czy nie masz genu polskości, pomóż w budowie fortu Polanda – choćbyś czekał na lekarza miesiące i lata. Pomóż w zachowaniu hegemonii dotychczasowego przewodnika ludzkości. Polskiemu patriocie, staremu czy młodemu, nie przeszkadza nowa fala zbrojeń, jakby jakiekolwiek systemy obrony przeciwlotniczej mogły nas obronić przed suszą. Teraz nie będzie zabijał dron, albo przypadkowa rakieta, tylko stan służby zdrowia. Jak powiedział badacz problemu Kenneth Waltz, ”w wojnach nie ma zwycięzców, są jedynie różne stopnie porażki”. Zawsze obok historycznego czasu!
Druga przyczyna to maskowanie jądra ciemności Systemu – eksploatacji przyrody, pracy i życia ludzkiego. A kto daje pracę? Wiadomo – błogosławiony przedsiębiorca, do tego zmuszany jeszcze płacić podatki, … i składki zdrowotne. A przecież nie święci im budują rezydencje! Sami, jak Mentzen, mogą tylko nawarzyć piwa. Jak tu złożyć w jedną całość tyle przesłanek: i rolę przyrody, i rolę pracy ludzkiej uzbrojonej w technikę, a także stosunki, w jakie wchodzą ludzie z względu na miejsce w społecznym podziale pracy i własności. A jeszcze trudniej ogarnąć umysłem kapitalizm w skali globalnej. A przecież bez zrozumienia, jak ta całość obecnie funkcjonuje, nie poznamy źródła kryzysu planetarnego. A jest on przecież bezpośrednim skutkiem gospodarki dużych Bezosów i małych Mentzenów. To sfinansjerowany kapitalizm, nastawiony na wyciskanie zysku z czego tylko się da. Jak zawsze, „najmożniejszy najwolniejszy”. Ale ich zwolennicy muszą się zmierzyć ze skutkami polaryzacji dochodów, ze strukturalnym bezrobociem, z brakiem mieszkań… I na dodatek, jeszcze ich tumani telemeledemokracja, w której brylują stand-uperzy. Wszystko to razem tworzy podłoże ruchów protestu: populizmu, agresywnego nacjonalizmu, nawet protofaszyzmu. Tymczasem nibylewicowy minister Gawkowski walczy z „ruskimi” trollami – jakby inne były mniej groźne. A Magdalenie Biejat nie przeszkadza militarne wzmożenie koleżanek i kolegów – do cna patriotycznych.
Może w końcu wyznawcy konfederackiej wiary też dojdą do wniosku, że społeczeństwa, w których się żyje najlepiej mają rynek i przedsiębiorczość pod kontrolą – państwa, związków zawodowych, umów zbiorowych. Tak jak w Skandynawii. Bo ani wolny rynek, ani wolna przedsiębiorczość same nie gwarantują równowagi rynkowej, ani tym bardziej dobrobytu społecznego. Jak sądzi nieoceniony i niedoceniony przewodnik polskiej inteligencji Andrzej Walicki, „ograniczenie bezosobowej władzy rynku jest równie istotne jak ograniczenie władzy rządu. Albowiem niewidzialna ręka rynku może dławić wolność jednostki w sposób równie totalitarny (choć inny), jak widzialna ręka jednoosobowego lub zbiorowego dyktatora” ( Paweł Kozłowski, Spotkania z Andrzejem Walickim, Książka i Prasa, 2021).
Ofiar tik-tokowego Sławomira będzie dużo, może nawet więcej niż 10% głosujących. To za nich on cierpi te katusze ucisku podatkowego i nakładania ograniczeń na eksploatację przyrody i pracy. Jeśli kiedyś wyplączą się z Sieci, to może też do nich dotrze memento prezydenta Bidena. Bo bez reform społecznych sama technologia, nawet z Kalifornii, nie rozwiąże problemów, które ludzkości przyniósł i przynosi wyczynowy turbokapitalizm. Muskowy bal się skończy?










