Cóż szkodzi obiecać?
Ta oczywista prawda wypowiedziana publicznie przez pana posła Przemysława Witka zrobiła medialną karierę. Jak kiedyś „Rząd się sam wyżywi” wypowiedziana ustami Jerzego Urbana, ówczesnego rzecznika rządu.
Bo obaj odważyli się powiedzieć rozpolitykowanym Polakom prawdy oczywiste, ale nieprzyjmowane przez nich do wiadomości. Wypierane ze świadomości zbiorowej polskich Polaków.
Obaj też ponieśli medialne kary za mówienie Polakom prawdy.
Bo co za dużo prawdy to niezdrowo.
Pan prezydent Karol Nawrocki obiecał polskim Polakom, że zmieni im Konstytucję RP. Wzmocni konstytucyjnie władzę w państwie polskim.
Oczywiście wzmocnioną będzie władza prezydencka, bo pan prezydent Nawrocki obiecuje zamienić obecny system polityczny, oparty na współpracy i równoważeniu władzy premiera i prezydenta, na jednoznaczny model prezydencki.
Czyli chce oddać całą władzę prezydentowi RP i jego kancelistom, a osłabić tym władzę premiera RP, Sejmu RP i partii politycznych.
Pan prezydent obiecuje to z poważną miną, jakby czynił to na serio.
A przecież nawet on powinien już wiedzieć, że prezydent RP sam sobie polskiej konstytucji nie zmieni. Nawet gdyby wcześniej zrobił dwieście pompek po marynarsku, nawet po zażyciu trzech snusów.
Do zmiany, a w tym przypadku do wprowadzenia nowej Konstytucji RP, trzeba mieć poparcie 2/3 głosów Sejmu RP i bezwzględną większość głosów w Senacie RP.
Pan prezydent Nawrocki, kreujący się na pomazańca boga z polskimi genami i wyborców takież geny posiadające, wymaganej większości parlamentarnej nie ma. I mieć nie będzie.
Bo liderzy dwóch największych partii politycznych w Sejmie RP i w Senacie RP systemu prezydenckiego w Polsce nie zechcą.
Gdyby rzeczywiście dochodziło do zmiany obecnej Konstytucji RP, to premier Donald Tusk i prezes Jarosław Kaczyński zgodnie zagłosowaliby za wzmocnieniem władzy, ale premiera RP. Za wprowadzeniem w Polsce systemu kanclerskiego.
Czyli ograniczeniem władzy prezydenta do ról reprezentacyjnych.
A także za wzmocnieniem władzy polskiego parlamentu.
Bo obaj są liderami wielkich partii politycznych. Obaj mogą wskazywać kandydata na premiera, jeśli wygrają wybory, obaj mogą premierów zmieniać kiedy zechcą.
A prezydenta wybranego przez większość głosujących przez pięć lat odwołać nie mogą. Nawet gdyby wkurzył ich na maksa.
Również parlamentarzyści polscy, nawet ci z polskimi genami, nie zamienią systemu parlamentarno-gabinetowego, czyli władzy parlamentu i premiera, na system dominującej władzy prezydenckiej. Bo tylko głupiec pozbawiłby się władzy. Dającej sławę, pieniądze i moc afrodyzjaka.
Oczywiście kupujący prezydenckie obietnice zmiany Konstytucji RP mogą przypomnieć, że żaden polityk nie jest wieczny. Nawet prezes Kaczyński.
Mogą oni czekać, modlić się nawet w tej intencji, aż pan prezes z polityki odejdzie. A na jego miejsce zstąpi polski Karol.
Stanie na czele nowej, zjednoczonej narodowej, katolickiej i czysto polskiej prawicy. Wygra ona zdecydowanie wybory parlamentarne, zyska potrzebną do zmiany konstytucji większość.
Ale taka wygrana również nie gwarantuje konstytucyjnego wprowadzenia systemu prezydenckiego, bo taka nadal wymaga od większości parlamentarnej, zwłaszcza od innych jej liderów, jak Sławomir Mentzen czy Krzysztof Bosak, aktów samokastracji politycznej. Jedynie dlatego, że ich polityczny kolega poprosi ich o to.
Pan prezydent Nawrocki obiecał wszystkim Polakom, zwłaszcza tym z polskimi genami, że nie pozwoli wrażemu premierowi Tuskowi na wprowadzenie nowych podatków. Każdą taką próbę dzielnie zawetuje.
Nawet próbę opodatkowania niepolskich gigantów internetowych traktujących nasze państwo jak swoją gospodarczą kolonię.
Jednocześnie pan prezydent i jego kanceliści przygotowują listę obietnic złożonych przez ugrupowania obecnej koalicji rządzącej i ich kandydatów na prezydentów podczas ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich.
Przede wszystkim chodzi o gigantyczne, częściowo niepotrzebne, zbrojenia. O reaktywacje dumnie brzmiących, ale trwale deficytowych wielkich budów kaczyzmu, jak lotnisko CPK, ponowne przestawienie polskiej energetyki na węgiel kamienny.
Pan prezydent obiecać może, bo kupujący jego obietnice postrzegają świat jak dzieci. Wierzą, że można mieć ciasto i je ciągle zjadać. Można nie płacić podatków i oczekiwać większych wydatków z budżetu państwa.
Albo, jak proponuje pan prezydent, wyemitować jeszcze więcej obligacji skoro są na nie chętni. Zadłużać państwo polskie na przyszłe lata.
Jedynym realnym wkładem prezydenta Karola w budżet naszego wspólnego państwa mogą być „oszczędności” z tytułu zabrania świadczenia 800+ ukraińskim dzieciom. Nieduże. Bo dotyczą tylko tych dzieci, których rodzice pracują nielegalnie w Polsce. Choć wszyscy oni płacą podatki VAT.
Bo ponad siedemdziesiąt procent przebywających w Polsce Ukraińców wszystkie podatki płaci, co warto pamiętać.
Warto też pamiętać, że pan prezydent, jego kanceliści, podobnie jak ministrowie i parlamentarzyści wszystkich politycznych maści, są utrzymankami wszystkich płacących podatki w Polsce.
Nie tylko Polaków z polskimi katolickimi genami, także Polaków z genami polskimi i europejskimi, także Ukraińców, Wietnamczyków, Niemców, Hindusów, Rosjan, Gruzinów, Turków, Kazachów, Uzbeków, Francuzów też.
Czemu pan prezydent i jego drużyna biorą kasę od wszystkich swych sponsorów, a dobrze robią tylko niektórym?
PS. Więcej w Fakty Po Mitach










