Boliwia bez lewicy
W Boliwii dojdzie do historycznej sytuacji. Po raz pierwszy w dziejach tego kraju urząd prezydenta zostanie obsadzony w drugiej turze wyborów. Do dogrywki, zaplanowanej na październik, przeszło dwóch kandydatów prawicy. Centroprawicowy senator Rodrigo Paz Pereira zdobył 32 procent głosów, a konserwatysta Jorge „Tuto” Quiroga, były prezydent w latach 2001–2002, uzyskał 27 procent. Dotychczas rządząca lewica została całkowicie wyeliminowana z rywalizacji. To przełom po niemal dwóch dekadach jej dominacji na boliwijskiej scenie politycznej. Od 2006 roku, gdy władzę objął Evo Morales i jego Ruch na rzecz Socjalizmu (MAS), lewica sprawowała rządy nieprzerwanie, z wyjątkiem krótkiej przerwy między listopadem 2019 a listopadem 2020 roku.
Największym zaskoczeniem okazał się wynik Rodrigo Paza Pereiry. Syn byłego prezydenta Jaime Paza Zamory, który sprawował urząd w latach 1989–1993, jeszcze kilka tygodni temu nie był wymieniany w gronie faworytów. Żaden z sondaży nie dawał mu więcej niż dziesięć procent poparcia. Tymczasem to on wysunął się na prowadzenie, pozostawiając za sobą zarówno kandydatów lewicy, jak i część prawicy. Jego sukces komentatorzy wiążą z głosem sprzeciwu wobec dotychczasowego układu politycznego. Wiceprezydenckim partnerem Paza Pereiry jest były kapitan policji Edmand Lara, który zyskał rozpoznawalność, nagłaśniając przypadki korupcji w służbach. Antykorupcyjny przekaz duetu znalazł szeroki oddźwięk wśród wyborców.
Nowy prezydent, niezależnie od tego, kto zwycięży w październiku, stanie wobec poważnych wyzwań. Boliwia od miesięcy zmaga się z kryzysem gospodarczym: wysoką inflacją, spadkiem eksportu gazu, niedoborami paliw oraz deficytem dolarów na rynku. Obaj kandydaci zapowiadają ograniczenie roli państwa w gospodarce oraz decentralizację, polegającą na przekazaniu części budżetu centralnego dziewięciu departamentom. Program Jorge Quirogi idzie jeszcze dalej i obejmuje plan porozumienia z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, co oznaczałoby wprowadzenie ostrych działań oszczędnościowych. Tego rodzaju reformy mogłyby uderzyć w najuboższych i spotkać się z gwałtownym sprzeciwem szerokich grup społecznych dotkniętych kryzysem, w tym górników, plantatorów koki i innych sektorów uzależnionych od subsydiów państwa. Lewica już przed pierwszą turą zapowiadała, że nie dopuści do powrotu neoliberalizmu, co sugeruje, że przyszłe protesty i blokady są niemal pewne.
Wyniki pierwszej rundy otwierają również pytania o polityczną legitymację nowej władzy. Do 2009 roku, jeśli żaden kandydat nie uzyskał większości w pierwszej turze, prezydenta wybierał parlament. Później jednak wszyscy szefowie państwa zwyciężali od razu, z wysokim poparciem: Evo Morales zdobył 64 procent w 2009 roku i 61 procent w 2014 roku, a Luis Arce 55 procent w 2020 roku. Głosowanie z 2019 roku zostało unieważnione, ale i wtedy kandydat MAS prowadził. Na tym tle obecne wyniki — 32 procent dla Paza Pereiry i 27 procent dla Quirogi — pokazują wyjątkowo słaby mandat w porównaniu z poprzednimi prezydentami. Dodatkowo aż 19 procent głosów oddanych w pierwszej turze zostało uznanych za nieważne. Morales ogłosił, że to efekt jego własnej kampanii sprzeciwu i dowód, iż bez niego obóz lewicy pozostaje bez reprezentacji.
Wpływ Moralesa, choć formalnie nie brał udziału w wyborach, pozostaje bardzo silny. Były prezydent, rządzący krajem w latach 2006–2019, nie mógł kandydować, ponieważ ciąży na nim nakaz aresztowania w związku ze sprawą karną dotyczącą nieletniej. Nie wprowadził do parlamentu ani jednego deputowanego czy senatora, co oznacza, że po raz pierwszy od dwóch dekad MAS pozostaje bez realnej reprezentacji instytucjonalnej. Mimo to jego zaplecze polityczne i zdolność mobilizowania protestów mogą znacząco utrudniać rządy przyszłemu prezydentowi i doprowadzić do kolejnych kryzysów politycznych.
Na drugim biegunie znajduje się lewica, która poniosła druzgocącą porażkę. Andronico Rodriguez, niegdyś bliski współpracownik Moralesa, zdobył zaledwie osiem procent i zajął czwarte miejsce. Oficjalny kandydat MAS, Eduardo del Castillo, uzyskał 3,2 procent poparcia. Politycy związani z tym obozem przyznają, że przyczyną klęski były wewnętrzne konflikty, osobiste ambicje liderów oraz brak odpowiedzi na narastający kryzys gospodarczy. Rodriguez w wieczornym wystąpieniu nie krył goryczy: „Dla nas było to doświadczenie wyjątkowe, w procesie wyborczym niezwykle trudnym i pełnym raf. Niestety, niektórzy przywódcy i liderzy ruchu ludowego przedłożyli własne kaprysy, pychę i fałszywe oskarżenia nad dobro wspólne”. Słowa te były bezpośredym ciosem wymierzonym w Moralesa.
Lewica stoi dziś wobec konieczności głębokiej odbudowy i trudnej autokrytyki. Morales prawdopodobnie spróbuje wykorzystać wysoki odsetek głosów nieważnych, aby odzyskać kontrolę nad swoim obozem i przypomnieć, że bez jego przywództwa „lud” pozostaje bez kandydata. Przebudowa lewicy i wewnętrzna rekonfiguracja mogą się okazać procesem długotrwałym i bolesnym, co dodatkowo komplikuje perspektywę rządów nowego prezydenta.










