Rumunia powiedziała „nie” skrajnej prawicy
Wybory prezydenckie w Rumunii zakończyły się sensacyjnym zwycięstwem proeuropejskiego burmistrza Bukaresztu, Nicusora Dana. Pokonał on w drugiej turze kandydata skrajnej prawicy, George’a Simiona, mimo że jeszcze w pierwszej rundzie wydawało się, że to Simion, lider nacjonalistycznego Sojuszu na rzecz Jedności Rumunów (AUR), ma ogromną przewagę. Zdobył on wtedy aż 41% głosów, podczas gdy Dan zaledwie 21%. Tym większe wrażenie robi fakt, że w ciągu dwóch tygodni Dan zdołał zmobilizować ponad 4 miliony dodatkowych wyborców i ostatecznie zwyciężyć z wynikiem niemal 54%.
Wieczór 18 maja w Bukareszcie był pełen emocji. Tłum zgromadzony przed sztabem wyborczym Dana skandował jego imię: „Ni-cu-sor! Ni-cu-sor!”, a deszczowe niebo rozjaśniały powiewające rumuńskie i europejskie flagi. „Większość Rumunów pokazała, że nasz naród wciąż należy do wolnego świata” – powiedział Ruben Mihai, aktywista uczestniczący w wieczorze wyborczym. Ulga była namacalna – studentka Andrea Tanase przyznała, że od czasu pierwszej tury żyła w strachu.
Zwycięstwo Dana nie byłoby możliwe bez rekordowej frekwencji, która sięgnęła niemal 65%. Decydujące okazało się zjednoczenie proeuropejskiego elektoratu, który postanowił działać, by zablokować skrajnie prawicowe ugrupowanie. „Odzyskanie tak znacznej przewagi w wyborach prezydenckich nie ma precedensu w Rumunii” – zauważa Rufin Zamfir z think tanku Global Focus Center.
Zupełnie inaczej wynik ten odebrali zwolennicy George’a Simiona. Ten radykalnie konserwatywny polityk, krytykujący Unię Europejską i sympatyzujący z Donaldem Trumpem, początkowo ogłosił się zwycięzcą. Ostatecznie jednak uznał porażkę i pogratulował Danowi. „To nie zwycięstwo Nicusora Dana, to zwycięstwo systemu. Rumunia przegrała” – napisała jedna z aktywistek AUR na Facebooku. Sam Simion zapewnił, że jego ugrupowanie będzie kontynuować walkę „o sprawiedliwość, prawdę, rodzinę i wiarę chrześcijańską”.
Nowy prezydent Rumunii stoi teraz przed trudnym zadaniem – zrealizować obietnicę zerwania z dotychczasową polityczną rzeczywistością. Choć deklaruje postawę antysystemową, wielu wyborców skrajnej prawicy nadal postrzega go jako część skompromitowanego establishmentu, podporządkowanego Brukseli. Dan, który wcześniej założył partię Związek Ratowania Rumunii (USR), wywodzącą się z ruchów antykorupcyjnych i ekologicznych, wystartował w wyborach jako kandydat niezależny, próbując odciąć się od tradycyjnych partii.
Sytuacja polityczna w kraju jest jednak bardzo napięta. Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury do dymisji podał się premier Marcel Ciolacu, co oznaczało rozpad koalicji socjaldemokratów i liberałów. Nowy prezydent stanie przed koniecznością sformowania rządu i stworzenia nowej większości parlamentarnej. W tych rozmowach Dan chce uwzględnić USR. „Nicusor Dan obejmuje władzę w momencie bardzo trudnym. Czeka nas kryzys gospodarczy, trwa kryzys bezpieczeństwa związany z wojną na naszej granicy i nie widać szybkiego pozytywnego rozwiązania” – ocenia Rufin Zamfir.
Wielu Rumunów przyjęło wyniki wyborów z ostrożnym optymizmem. Raluka Uta, młoda inżynierka, przypomina sobie euforię po zwycięstwie Klausa Iohannisa w 2019 roku – euforię, która szybko przerodziła się w rozczarowanie. „Byliśmy w ekstazie, a potem okazało się, że nie był naszym prezydentem” – wspomina. Ma nadzieję, że Dan okaże się bardziej komunikatywny. „Poza uczciwością oczekujemy przejrzystości i otwartości” – podkreśla.
Klaus Iohannis ustąpił ze stanowiska w lutym, w trakcie kryzysu politycznego wywołanego podejrzeniem o zagraniczną ingerencję w kampanię wyborczą. Wśród kandydatów na nowego premiera Nicusor Dan wymienia tymczasowego prezydenta Ilie Bolojana z Partii Narodowo-Liberalnej. Przed Rumunią trudny czas negocjacji, a przed nowym prezydentem jeszcze trudniejsze zadanie: udowodnić, że hasło „zerwanie z przeszłością” to coś więcej niż tylko wyborczy slogan.










