Jak potężny jest Izrael, że Trump już wprost robi z siebie debila? We wpisie na Truth Social Trump opublikował oświadczenie, w którym irańska 10-punktowa propozycja została przedstawiona jako możliwa podstawa negocjacji. Brzmiało to jak przełom. Chwilę później jego własna rzeczniczka Karoline Leavitt oznajmiła jednak, że pierwotny plan Iranu był „zasadniczo niepoważny”, „nie do przyjęcia” i został „dosłownie wyrzucony do kosza” przez Trumpa. Sam Donald zaczął z kolei mówić, że dla USA liczy się już tylko „jedna grupa znaczących punktów”. To nie jest korekta. To jest zwykłe zaprzeczenie własnemu przekazowi w mniej niż dobę.
Sedno sporu nie dotyczy przecinka, tylko Libanu. Owszem — Hezbollah to organizacja terrorystyczna. Tyle że izraelskie bomby nie spadają wyłącznie na bojowników. Pod uderzenia idą także gęsto zaludnione dzielnice, infrastruktura cywilna, szpitale i ambulanse. Pakistan i Iran przedstawiały rozejm jako obejmujący także ten front. Hezbollah, przekonany, że jest objęty porozumieniem, wstrzymał ogień. I właśnie wtedy Izrael przeprowadził rekordową falę bombardowań — ponad 100 uderzeń w 10 minut, 254 zabitych, ponad 1100 rannych, uszkodzony szpital, trafiony ambulans, dramatyczne apele o krew. W praktyce wyglądało to więc tak — jedna strona uznała, że rozejm działa, a druga wykorzystała ten moment do eskalacji, dokonując rzezi na cywilach. Zakres rozejmu nie jest zresztą tylko interpretacją Iranu czy Pakistanu. Także Unia Europejska uważa, że rozejm powinien obejmować Liban. A skoro nawet UE widzi sprawę podobnie, to problem nie polega już na rzekomo niejasnym zakresie porozumienia, tylko na tym, kto i dlaczego zaczął je nagle okrawać.
To, że Trump zmienia zdanie, nie jest niczym nowym. To chyba najbardziej niestabilny polityk na świecie. Sama zmiana kursu nie może więc szokować. W tym przypadku jednak nadto dobrze widać, skąd się wzięła. Odpowiedź zdradziła sama Leavitt. To ona powiedziała, że Trump rozmawiał wieczorem z Netanjahu. I właśnie po tej rozmowie Biały Dom zaczął powtarzać izraelską linię — „Liban nie jest częścią rozejmu”. Trump ogłosił zarazem, że Liban nie wchodzi do układu „z powodu Hezbollahu”, a dalsze bombardowania to tylko „oddzielna potyczka”. Trudno o bardziej czytelną sekwencję — najpierw irański plan jako podstawa rozmów, potem telefon z Netanjahu, a zaraz po nim nowa wersja „pokoju”, okrojona dokładnie tam, gdzie chciał Izrael. Premier Izraela już zapowiedział, że będzie dalej bombardować „tam, gdzie będzie to konieczne”, czyli tam, gdzie chce.
Trump wyszedł na polityka-marionetkę, który najpierw akceptuje plan, a potem po jednym telefonie od Bibiego udaje, że od początku był on śmieciem. Nie pies merda tu ogonem. To ogon merda psem. Tymczasem Ormuz znów jest sparaliżowany, Iran dyktuje warunki ruchu morskiego, a Waszyngton pozostaje bezsilny. I wszystko dlatego, że każda decyzja Trumpa jest skrojona tylko i wyłącznie pod interesy Izraela.
Swoją drogą — jak myślicie? Co takiego ma Netanjahu, że wystarcza jeden telefon, by prezydent USA w kilkanaście godzin wyparł się własnych słów? Jak silny jest ten polityczny uścisk, skoro Biały Dom po rozmowie z izraelskim premierem zaczyna nagle mówić dokładnie to, czego potrzebuje Izrael?
Mi do głowy osobiście przychodzą taśmy z pewnej wyspy, ale mogę się mylić.












