To będzie smutne wydarzenie. I niestety – nie chodzi wyłącznie o jedną decyzję polityczną, lecz o konsekwencje ustrojowe, które mogą na trwałe zdeformować polski system konstytucyjny.
Spór ten trzeba też jasno rozdzielić na dwie płaszczyzny – twarde prawo i realną politykę. W polityce liczy się gest, demonstracja, mobilizacja własnego obozu i przerzucenie odpowiedzialności na przeciwnika. W ustroju państwa znaczenie mają natomiast kompetencja, procedura i skutek prawny. Pomieszanie tych dwóch porządków zawsze prowadzi do chaosu, bo zaczynamy oceniać instytucje nie według tego, co mogą zrobić zgodnie z Konstytucją, lecz według tego, kto skuteczniej narzuci swoją narrację.
Zgodnie z art. 194 ust. 1 Konstytucji RP, sędziowie Trybunału Konstytucyjnego są wybierani przez Sejm na indywidualne dziewięcioletnie kadencje. Jest to rozwiązanie celowe i logiczne – Trybunał Konstytucyjny pełni funkcję kontroli norm prawnych, a więc aktów stanowionych przez władzę ustawodawczą. W tym sensie jego legitymacja demokratyczna ma swoje źródło właśnie w parlamencie. Jednocześnie Konstytucja w art. 179 stanowi, że sędziowie sądów są powoływani przez Prezydenta RP na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony. Odrębny model dotyczy więc sądownictwa powszechnego i administracyjnego, gdzie rola głowy państwa została ukształtowana inaczej niż w przypadku TK.
Jedną z fundamentalnych zasad ustrojowych jest tu zasada równowagi władz, wyrażona w art. 10 Konstytucji RP. Władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza mają się wzajemnie równoważyć, a nie zastępować. Tymczasem praktyka ostatnich lat pokazuje coś przeciwnego. Władza wykonawcza – zarówno rząd, jak i Prezydent – coraz częściej wykazuje tendencję do rozszerzania swoich wpływów kosztem parlamentu. Z drugiej strony Sejm zaczyna reagować, próbując bronić swojej konstytucyjnej pozycji. Mamy więc do czynienia z konfliktem kompetencyjnym, który przestaje być sporem politycznym, a zaczyna być sporem ustrojowym.
Nie ma w tym kontekście nic nadzwyczajnego ani nielegalnego w tym, że Marszałek Sejmu wręcza uchwały o wyborze sędziów Trybunału Konstytucyjnego osobom wybranym przez Sejm. Sam akt wyboru nie budzi bowiem wątpliwości co do tego, który organ jest tu właściwy. Problem pojawia się dopiero na kolejnym etapie. O ile Konstytucja przesądza, że sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybiera Sejm, o tyle ustawa o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego wiąże objęcie urzędu ze złożeniem ślubowania wobec Prezydenta RP. To właśnie tutaj rodzi się zasadnicze pytanie: czy mamy do czynienia z czynnością wyłącznie formalną, czy też z realnym warunkiem rozpoczęcia urzędowania.
Przez całą III Rzeczpospolitą utrwaliła się praktyka, w której po wyborze przez Sejm następowało złożenie ślubowania wobec Prezydenta RP, a dopiero potem rozpoczynało się urzędowanie. Mechanizm ten był traktowany jako oczywisty element praktyki ustrojowej, niezależnie od tego, kto akurat sprawował władzę. Nawet najostrzejsze spory wokół Trybunału nie polegały wcześniej na kwestionowaniu samej obecności tego etapu, lecz na sporze o to, kogo wybrano skutecznie i legalnie. Warto przy tym pamiętać, że już w wyroku K 34/15 Trybunał wskazywał, iż odebranie ślubowania od nowo wybranego sędziego TK jest ustawowym obowiązkiem Prezydenta, który powinien zostać wykonany niezwłocznie.
Jeżeli więc wybrani sędziowie decydują się złożyć ślubowanie w sposób, który ma potwierdzić ich gotowość do pełnienia funkcji, podejmują decyzję na własną odpowiedzialność. Rola Sejmu kończy się bowiem w momencie wyboru. Nie istnieje prosty mechanizm, który pozwalałby jednemu organowi przejąć kompetencję drugiego tylko dlatego, że spór polityczny wszedł w fazę ostrego przesilenia.
Sejmowa ceremonia nie rozwiązuje więc problemu prawnego. Może natomiast wytwarzać bardzo silny fakt polityczny. Przekaz takiego działania jest czytelny: sędziowie zostali wybrani, są gotowi do objęcia funkcji, a jedyną przeszkodą pozostaje blokada po stronie głowy państwa. W ten sposób spór przesuwa się z pytania „czy dana procedura wywołuje skutek prawny?” na pytanie „kto ponosi odpowiedzialność za paraliż instytucji?”.
Polska wchodzi więc w stan, w którym funkcjonować będą de facto dwa porządki konstytucyjne i dwa „Trybunały”. Każdy z nich będzie uznawany przez inną część sceny politycznej. W praktyce oznacza to paraliż instytucji, która zgodnie z art. 188 Konstytucji powinna rozstrzygać o zgodności ustaw i innych aktów normatywnych z Konstytucją.
Zamiast realnej kontroli konstytucyjności prawa będziemy mieli konkurencyjne interpretacje legalności, wzajemne podważanie orzeczeń, postępowania dyscyplinarne i eskalację retoryki politycznej.
Nie będzie natomiast tego, co powinno być najważniejsze – ochrony praw obywateli. Bo to właśnie obywatel jest adresatem Konstytucji. Art. 2 ustanawia zasadę demokratycznego państwa prawnego, a art. 45 gwarantuje prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd. Jeżeli system kontroli konstytucyjności przestaje działać, słabnie także pewność prawa i przewidywalność ochrony praw jednostki.
Trzeba więc postawić pytanie fundamentalne: czy jesteśmy na początku procesu naprawy Trybunału Konstytucyjnego, czy raczej na końcu jego realnego znaczenia? Załóżmy scenariusz, w którym obecna większość parlamentarna skutecznie obsadzi Trybunał. Czy to rozwiąże problem? Niekoniecznie. Druga strona sceny politycznej może nadal kwestionować legitymację Trybunału i odmawiać uznania jego orzeczeń. A to prowadzi do trwałej delegitymizacji instytucji.
Stąd już tylko krok do rozwiązań alternatywnych – takich jak rozproszona kontrola konstytucyjności, realizowana przez sądy powszechne i administracyjne, co już częściowo obserwujemy w praktyce orzeczniczej. Problem w tym, że nie jest to model przewidziany wprost przez polską Konstytucję. Jeżeli więc centralny sąd konstytucyjny traci wspólne uznanie, państwo nie odzyskuje równowagi – ono tylko przenosi konflikt na inne poziomy systemu prawnego.
Z tej sytuacji istnieje tylko jedno racjonalne wyjście. Nie kolejne „zwycięstwo” jednej ze stron. Nie demonstracja siły. Nie retoryka „zamachu stanu” ani „obrony bastionu”.
Wyjściem jest powrót do dialogu konstytucyjnego.
Art. 7 Konstytucji RP stanowi jasno: organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa. Bez poszanowania tej zasady nie da się odbudować minimalnego wspólnego pola legalności, bez którego żadna instytucja państwa nie będzie w stanie odzyskać trwałej legitymacji.
Polska nie potrzebuje dziś kolejnych politycznych „rycerzy”, przekonanych o swojej wyłącznej racji. Potrzebuje mediatorów, prawników zdolnych do kompromisu, elit zdolnych do rozmowy ponad podziałami. Potrzebuje także powrotu do myślenia, w którym procedura nie jest przeszkodą dla polityki, lecz warunkiem jej cywilizowanego uprawiania.
Bo stawką nie jest Trybunał jako instytucja. Stawką jest zdolność państwa do stanowienia i egzekwowania prawa.
W stanie permanentnego konfliktu konstytucyjnego tracimy nie tylko sprawny sąd konstytucyjny. Tracimy również czas, stabilność legislacyjną, inwestycje, miejsca pracy – i zaufanie obywateli do państwa. W takich sporach bardzo często przegrywa nie tylko jedna ze stron politycznych, lecz także autorytet samego państwa, które przestaje być postrzegane jako wspólna rama reguł, a zaczyna wyglądać jak pole walki o chwilową przewagę.
Można to nazywać symetryzmem. Można to krytykować.
Ale diagnoza pozostaje ta sama: Polska potrzebuje dziś trzech rzeczy – pokoju, szacunku i rozmowy.
I żadnej z nich nie da się zadekretować ustawą.












