Bez grantów nie byłoby dziś ani nowoczesnych badań, ani dużej części inwestycji w ochronie zdrowia. Z publicznych pieniędzy finansuje się laboratoria, badania kliniczne, modernizację szpitali i rozwój nowych technologii medycznych. Problem w tym, że w Polsce coraz częściej więcej wysiłku kosztuje zdobycie pieniędzy niż zrobienie z nich czegoś sensownego.
System grantowy ma wspierać innowacyjność. W praktyce przypomina jednak test cierpliwości wobec biurokracji. Instytucje badawcze i szpitale uczą się przede wszystkim tego, jak poruszać się po gąszczu wniosków, terminów i kryteriów. Zamiast skupiać się na rozwiązaniu problemu medycznego lub badawczego, zespoły projektowe spędzają tygodnie na przygotowaniu dokumentacji. W takim systemie grant nie stanowi narzędzia rozwoju, a zaczyna wyznaczać sposób działania instytucji.
Na papierze wszystko wygląda racjonalnie. W ochronie zdrowia funkcjonują granty inwestycyjne, rozwojowe i naukowe. Jedne finansują infrastrukturę, inne pilotaże i nowe rozwiązania organizacyjne, a jeszcze inne badania podstawowe i kliniczne. W Polsce środki na te działania rozdzielają m.in. Narodowe Centrum Nauki, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Agencja Badań Medycznych, Ministerstwo Zdrowia oraz fundusze Unii Europejskiej. Rocznie przez system grantowy w Polsce przepływają miliardy złotych.
W praktyce system grantowy nie tworzy jednego spójnego mechanizmu, lecz zestaw odrębnych konkursów, które pojawiają się w różnych terminach, mają różne reguły i słabo składają się w spójną politykę zdrowotną. Dodatkową presję tworzą także sztywne harmonogramy programów unijnych, które wymuszają szybkie rozliczanie projektów i zamieniają planowanie badań w wyścig z terminami administracyjnymi. Instytucje zaczynają więc myśleć nie tyle o tym, jakie zmiany są najbardziej potrzebne w ochronie zdrowia, lecz o tym, pod który konkurs można dopasować projekt. W efekcie grant staje się celem samym w sobie. Najpierw pojawia się regulamin, potem formularze i kryteria oceny, a dopiero później szuka się pomysłu, który będzie do nich pasował.
Najlepiej widać to w statystykach konkursów naukowych. W Narodowym Centrum Nauki wskaźnik sukcesu wynosi zwykle około 20 procent, a w niektórych konkursach spada nawet poniżej 10 procent. Oznacza to, że dziewięć na dziesięć przygotowanych projektów nigdy nie otrzymuje finansowania. Przy tak niskim poziomie sukcesu ogromna część energii środowiska naukowego idzie więc na sam proces aplikowania, a nie na prowadzenie badań. Na wielu uczelniach powstały nawet specjalne biura projektów, których zadaniem jest przygotowywanie i obsługa wniosków grantowych. To pokazuje, jak bardzo system finansowania badań przekształcił sposób działania instytucji naukowych.
Do tego dochodzi rozbudowana sieć procedur kontrolnych. Dobrym przykładem jest mechanizm opinii o celowości inwestycji, który miał uporządkować rozwój infrastruktury zdrowotnej. W założeniu chodziło o to, aby nowe projekty były powiązane z realnymi potrzebami systemu. Sama idea jest rozsądna. W praktyce jednak procedura obejmuje inwestycje przekraczające próg około dwóch milionów złotych, co oznacza także wiele zwykłych modernizacji infrastruktury technicznej w szpitalach. Jeśli placówka chce przeprowadzić modernizację instalacji czy wymienić elementy infrastruktury warte kilka milionów złotych, musi przejść przez rozbudowaną procedurę administracyjną. Zamiast przyspieszać decyzje inwestycyjne, system je spowalnia.
Pozorna racjonalizacja zamienia się w formalizm. Instytucje muszą odpowiadać na dziesiątki pytań i przygotowywać obszerne dokumenty, z których część ma charakter bardziej deklaratywny niż faktyczny. Wszyscy uczestnicy procesu wiedzą, że część tych odpowiedzi jest czysto formalna, ale procedura wymaga ich mimo to. System przypomina administracyjną grę pozorów.
Jeszcze poważniejszym problemem jest logika oceny projektów. System grantowy w naturalny sposób premiuje projekty bezpieczne i przewidywalne. Dla instytucji finansujących oznacza to mniejsze ryzyko niepowodzenia i łatwiejsze rozliczenie środków publicznych. Tyle że nauka i medycyna nie rozwijają się dzięki projektom pozbawionym ryzyka. Część badań kończy się wynikiem negatywnym, część hipotez zostaje obalona, a część projektów okazuje się ślepą uliczką. To normalny element procesu naukowego.
Jeżeli jednak system grantowy działa tak, jakby każdy projekt musiał gwarantować sukces, naturalną reakcją środowiska jest ostrożność. Zamiast ambitnych pomysłów pojawiają się projekty poprawne, lecz zachowawcze. System, który miał wspierać innowacje, zaczyna w ten sposób utrwalać status quo.
Warto też pamiętać, że innowacja w ochronie zdrowia nie zawsze oznacza spektakularne odkrycie naukowe. Często największe znaczenie mają drobne zmiany organizacyjne: lepszy przepływ dokumentacji między oddziałami, cyfrowe przypomnienia dla pacjentów, nowe sposoby monitorowania terapii czy uproszczenie procedur kwalifikacji do badań klinicznych. Takie „małe innowacje” rzadko trafiają na pierwsze strony gazet, ale potrafią realnie poprawić jakość opieki i efektywność pracy personelu medycznego.
W niektórych państwach próbuje się znaleźć równowagę między kontrolą a elastycznością. W Finlandii finansowanie badań przez Research Council of Finland opiera się na pracy międzynarodowych ekspertów, którzy oceniają znaczenie projektu, jego innowacyjność oraz kompetencje zespołu badawczego. W wielu programach badacze otrzymują także szczegółową informację zwrotną, która pomaga dopracować projekty przed kolejnymi konkursami. System nie tylko wybiera najlepsze pomysły, ale również wspiera ich rozwój.
Polski system grantowy nie musi kopiować zagranicznych rozwiązań. Warto jednak wyciągnąć z nich jedną lekcję: grant powinien być narzędziem realizacji strategii państwa, a nie wyłącznie administracyjnym mechanizmem rozdysponowania pieniędzy. Jeśli konkursy nie wynikają z jasno określonych priorytetów zdrowotnych, łatwo zamieniają się w zbiór przypadkowych naborów.
W zdrowym systemie grant finansuje oryginalny i przełomowy pomysł. W chorym nagradza tych, którzy najlepiej wypełniają wnioski.











