Na cztery dni przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech Viktor Orbán stoi przed najpoważniejszą próbą od 2010 roku. Niezależne sondaże od tygodni pokazywały przewagę partii Tisza Pétera Magyara, ale 8 kwietnia pojawił się jeszcze mocniejszy sygnał: projekcja ośrodka Median, oparta na pięciu ostatnich badaniach, dała Tiszy 138–142 mandaty w 199-osobowym parlamencie, przy 49–55 dla Fideszu. Taki wynik oznaczałby nie tylko zmianę władzy, ale nawet większość konstytucyjną. I właśnie dlatego w obozie Orbána coraz wyraźniej widać nerwowość.
To jednak nie jest zwykła walka urzędującego premiera z opozycją. Na Węgrzech stawką nie jest już wyłącznie to, kto będzie rządził po 12 kwietnia, lecz także to, czy da się rozbroić mechanizm polityczny budowany przez Orbána przez szesnaście lat. Fidesz nie ograniczył się bowiem do wygrywania kolejnych wyborów. Przez lata przebudował państwo, media i ordynację tak, by przewaga partii rządzącej była większa niż sama skala jej realnego poparcia. Nawet więc jeśli opozycja wygra, nie oznacza to jeszcze automatycznego odsunięcia ludzi Orbána od realnej władzy. Z polskiej perspektywy można to porównać do tego, co PiS w dużej mierze zrobił z państwem: przejął kluczowe instytucje, podporządkował media publiczne i naginał reguły gry pod własny interes. Nie zdołał jednak domknąć tego procesu do końca. Na Węgrzech Orbán poszedł znacznie dalej, budując system dużo mocniej zabetonowany.
Ordynacja skrojona pod władzę
Najlepiej widać to w samej konstrukcji wyborów. Węgrzy wybierają 199 posłów w systemie mieszanym: 106 w okręgach jednomandatowych i 93 z list krajowych. W grudniu 2024 roku przerysowano granice ponad jednej trzeciej okręgów. Misja obserwacyjna OBWE odnotowała, że część rozmówców uznawała te zmiany za korzystne dla partii rządzącej, a 20 ze 106 okręgów ma dziś odchylenie liczby wyborców przekraczające 10 proc., przy maksymalnym odchyleniu sięgającym 22 proc. To nie jest drobny techniczny szczegół, tylko element systemu, który może zamieniać przewagę polityczną w przewagę mandatową. Do tego OBWE wskazuje na brak przepisów gwarantujących krajową, bezpartyjną obserwację wyborów oraz na obawy dotyczące presji na wyborców, kupowania głosów i tzw. turystyki wyborczej.
Równie ważne są media. OBWE pisze wprost o długotrwałych, systemowych słabościach rynku medialnego na Węgrzech, o nierównym dostępie do informacji, presji na media niezależne i dominacji prorządowych narracji w wielu regionach. Komisja Europejska wszczęła w grudniu 2025 roku postępowanie wobec Węgier w związku z naruszeniami przepisów Europejskiego aktu o wolności mediów i wymogów dotyczących niezależności mediów audiowizualnych. Na tym tle szczególnie znaczące było przejęcie jesienią ubiegłego roku przez prorządową Indamedię portfela obejmującego tabloid Blikk, jeden z najważniejszych tytułów w kraju. W trakcie obecnej kampanii doszło też do sporów o równość dostępu do mediów publicznych: w marcu węgierski Trybunał Konstytucyjny uchylał orzeczenia nakazujące internetowym platformom mediów publicznych równe traktowanie uczestników wyborów. OBWE odnotowała również poważne obawy dotyczące dezinformacji i wykorzystywania sztucznej inteligencji do dyskredytowania przeciwników.
Waszyngton i Moskwa grają tu w podobną grę
Orbán dostał też w ostatnich dniach wyraźne wsparcie z zewnątrz. Donald Trump poparł jego reelekcję, a JD Vance przyjechał do Budapesztu 7 kwietnia, zaledwie kilka dni przed głosowaniem, i publicznie oskarżał Unię Europejską o ingerowanie w węgierskie wybory. Jak zwracają uwagę komentatorzy i analitycy, tak otwarte wejście urzędującego amerykańskiego wiceprezydenta w kampanię sojuszniczego państwa jest ruchem skrajnie nietypowym. Wpisuje się ono także w szerszą linię obecnej administracji USA, widoczną nawet w amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego z grudnia 2025 roku, która ostro atakuje ponadnarodowe instytucje w Europie, zapowiada sprzeciw wobec ograniczeń politycznych i z aprobatą mówi o rosnących wpływach „patriotycznych partii europejskich”.
Równolegle kampanię zatruły kolejne przecieki dotyczące relacji węgierskiego obozu władzy z Moskwą. Media śledcze opublikowały materiały, z których wynika, że minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó rozmawiał z Siergiejem Ławrowem o sankcjach, dokumentach unijnych i działaniach korzystnych dla rosyjskich interesów. Osobno opisywano też ujawnioną rozmowę Orbána z Putinem, w której węgierski premier miał deklarować polityczną gotowość do pomocy rosyjskiemu przywódcy. To wszystko układa się w obraz dość czytelny: faworytem trumpistów jest zarazem polityk najbliższy Moskwie w całej Unii. I nie jest to przypadek. Zarówno Rosji, jak i obecnej administracji USA wygodniejsza jest Europa słaba, skłócona i mniej zdolna do samodzielnego działania.
Model Orbána zaczął się zacinać
Gdyby chodziło tylko o geopolitykę, Orbán być może jeszcze by to przeczekał. Problem polega na tym, że osłabł także jego model społeczno-gospodarczy. Wielki zakład Orbána na przemysł baterii elektrycznych, budowany od 2021 roku przy pomocy zagranicznych inwestycji wartych około 26 miliardów euro, nie przyniósł obiecanego skoku gospodarczego, a zamiast tego wywołał konflikty wokół bezpieczeństwa pracy, ochrony środowiska i uprzywilejowania zagranicznego kapitału kosztem lokalnych społeczności. W sprawie zakładów Samsunga w Göd policja prowadziła od 2023 roku kilka postępowań, w tym dotyczących szkód środowiskowych i zagrożenia dla pracowników. Jednocześnie kraj od lat mierzy się ze stagnacją, a nadzieje Orbána na szybkie rozpędzenie wzrostu wyglądają dziś mało wiarygodnie. Dlatego w kampanii wracają nie tylko Ukraina i Bruksela, ale też ceny, perspektywy życiowe, szkoły, szpitale i mieszkania.
Szczególnie groźny dla Fideszu jest bunt młodszych wyborców. Według danych Median zaledwie 8 proc. wyborców w wieku 18–29 lat popiera dziś partię Orbána. Wśród powodów wskazywane są korupcja, słabe usługi publiczne, kryzys mieszkaniowy i poczucie braku perspektyw. Dla wielu młodych Węgrów Péter Magyar nie jest kandydatem idealnym, ale stał się realnym narzędziem zakończenia epoki Orbána. To bardzo ważne, bo Tisza nie wyrosła na fali jednej idei, lecz na społecznym zmęczeniu całym systemem. I właśnie dlatego może przyciągać jednocześnie wyborców wielkomiejskich, część prowincji, dawnych sympatyków Fideszu i tych, którzy po prostu chcą zmiany.
Sama wygrana może nie wystarczyć
Nie należy jednak ulegać złudzeniu, że ewentualne zwycięstwo Magyara oznacza automatycznie polityczną rewolucję. W Brukseli dominuje raczej oczekiwanie na bardziej konstruktywne relacje z Budapesztem i koniec permanentnego szantażu wetem niż na całkowite odwrócenie kursu we wszystkich sprawach. Sam Magyar zapowiada mocniejsze zakotwiczenie Węgier w UE i NATO oraz odblokowanie około 17 miliardów euro unijnych środków zamrożonych z powodu problemów z praworządnością. Nawet to byłoby jednak zmianą ogromną, bo kończyłoby okres, w którym Budapeszt był dla Unii nieustannym hamulcowym w sprawach bezpieczeństwa, Ukrainy i sankcji wobec Rosji. Ale rozmontowanie państwa urządzonego przez Orbána pod Orbána byłoby procesem długim, trudnym i pełnym oporu.
12 kwietnia Węgrzy nie będą więc głosować wyłącznie za Orbánem albo przeciw Orbánowi. Będą głosować nad tym, czy przewaga opozycji w społeczeństwie jest już na tyle duża, by przebić się przez okręgi, media, instytucje i systemowe zapory budowane od 2010 roku. Dzisiejsza projekcja Median pokazuje, że taki scenariusz jest możliwy. Ale pokazuje też coś jeszcze: że Orbán nie boi się już tylko przegranej. Boi się, że po raz pierwszy od szesnastu lat może przestać kontrolować kierunek, w którym pójdą Węgry.












