W Polsce o bezpieczeństwie nadal mówi się przede wszystkim językiem uzbrojenia. Debata publiczna krąży wokół rakiet, samolotów, czołgów i kolejnych kontraktów, jakby siła państwa rodziła się dopiero w arsenale. Uzbrojenie jest potrzebne, ale samo nie wystarczy. O trwałej pozycji państwa decyduje także to, ilu ma ludzi zdolnych projektować, badać, wdrażać i obsługiwać złożone technologie. Dlatego bezpieczeństwo zaczyna się wcześniej: w szkole, na uczelni, w laboratorium i w jakości kształcenia. Kraj, który zaniedbuje te obszary, może kupować nowoczesny sprzęt, ale nie zbuduje suwerenności. Pozostanie jedynie klientem zależnym od cudzej technologii i cudzych kaprysów.
Amerykanie zrozumieli to po Sputniku. Sowiecki sukces z 1957 roku wywołał w USA szok i uświadomił elitom, że przewaga strategiczna zaczyna się dużo wcześniej niż na poligonie. Rok później przyjęto National Defense Education Act. Ustawa mówiła wprost, że bezpieczeństwo państwa wymaga „najpełniejszego rozwoju zasobów umysłowych i umiejętności technicznych” młodych ludzi. Zakładała szybkie nadrabianie niedoborów w naukach ścisłych, matematyce, językach nowożytnych i technologii, federalne wsparcie dla programów edukacyjnych oraz pomoc dla studentów, których z systemu mogłyby wypchnąć bariery finansowe. Nie był to gest dobroczynny. Była to polityka bezpieczeństwa prowadzona przez inwestycję w kadry.
Odpowiedź nie polegała na stworzeniu idealnie równego systemu edukacji, lecz na tym, że państwo potraktowało szkoły, uczelnie i zaplecze naukowe jako narzędzie przewagi strategicznej. Za tą decyzją poszły konkretne pieniądze i konkretne priorytety: na nauczanie nauk ścisłych, matematyki i języków, na wyposażenie, na stypendia i wsparcie dla studentów. To zadziałało nie dlatego, że nagle uwierzono w abstrakcyjną wartość edukacji, lecz dlatego, że uznano ją za część racji stanu. Państwo wyznaczyło kierunek, uruchomiło finansowanie i potraktowało rozwój kadr jako warunek bezpieczeństwa.
Europa dochodzi dziś do podobnych wniosków. Komisja Europejska pisze wprost, że specjaliści STEM — czyli z obszaru nauk ścisłych, technologii, inżynierii i matematyki — są niezbędni dla konkurencyjności, bezpieczeństwa i technologicznego przywództwa Unii, a ich brakuje szczególnie w inżynierii, budownictwie i ICT. Na poziomie szkolnictwa wyższego średni udział studentów STEM w UE wynosi 26,9 proc. i spadł o 0,7 punktu procentowego w ostatniej dekadzie, a na poziomie doktoranckim zaledwie 3,8 proc. studentów kształci się w ICT. To oznacza, że Europa mierzy się z rosnącą rywalizacją technologiczną między USA a Chinami, napędzaną wyścigiem o dominację w AI, sama mając niedobór własnych kadr.
To jest zła wiadomość szczególnie dla nas. Gdy specjalistów brakuje w całej Unii, zaczyna się wyścig o talenty, badaczy, inżynierów i ekspertów od nowych technologii. W takim wyścigu przewagę mają państwa bogatsze, lepiej zorganizowane i oferujące mocniejsze uczelnie, lepsze laboratoria, wyższe pensje oraz większe możliwości rozwoju. Problem Polski polega na tym, że wchodzi do tej rywalizacji z podwójną słabością — nie tylko trudniej będzie jej zatrzymać najlepszych, ale już wcześniej ma zbyt wąską bazę ludzi zdolnych wejść do sektorów wysokiej technologii.
Widać to w danych. Tylko 19 proc. absolwentów studiów pierwszego stopnia w Polsce kończy kierunki STEM. OECD pokazuje zarazem, że 40 proc. dorosłych w Polsce w wieku 25–64 lat ma co najwyżej bardzo podstawowe kompetencje czytania, wobec 27 proc. średnio w OECD, a średni wynik osób z wyższym wykształceniem spadł między poprzednim a obecnym cyklem badania aż o 42 punkty. To znaczy, że problem zaczyna się jeszcze przed drenażem mózgów. Słabsze kompetencje podstawowe zawężają pulę ludzi, którzy są w stanie wejść na wymagające kierunki techniczne, ukończyć je i później rozwijać technologie potrzebne gospodarce, przemysłowi i obronności. A gdy ta pula jest mała, odpływ nawet części najlepszych specjalistów uderza w kraj znacznie mocniej niż w państwa mające szerokie zaplecze kadrowe.
Dlatego nie wystarczy zwiększać naboru i ogłaszać sukcesu. Liczy się to, czy państwo potrafi jednocześnie wzmacniać kompetencje podstawowe, poprawiać jakość nauczania, wyłapywać talenty i kierować część wysiłku edukacyjnego tam, gdzie rozstrzyga się przyszła siła gospodarki, przemysłu i obronności. Jeśli tego nie zrobi, Polska będzie nadal kupować gotowe rozwiązania zamiast je współtworzyć.
Właśnie dlatego edukacja i nauka powinny zostać uznane za obszar bezpieczeństwa państwa w sensie dosłownym. Tak jak chroni się infrastrukturę krytyczną, sieci energetyczne czy zdolności wojskowe, tak samo trzeba chronić jakość szkół, uczelni, laboratoriów i ścieżek kształcenia strategicznych kadr. Bez wielkiego zwiększenia nakładów na naukę, badania i edukację wszystkie opowieści o suwerenności pozostaną pustym sloganem. Państwo, które przeznacza na wiedzę ochłapy, nie będzie mocarstwem technologicznym, tylko rynkiem zbytu dla cudzych technologii. Rakiety są potrzebne, ale bez laboratoriów nie będzie suwerenności.












