Rakiety nie wystarczą. Bez kadr nie będzie suwerenności

1 kwi 2026

W Polsce o bezpieczeństwie nadal mówi się przede wszystkim językiem uzbrojenia. Debata publiczna krąży wokół rakiet, samolotów, czołgów i kolejnych kontraktów, jakby siła państwa rodziła się dopiero w arsenale. Uzbrojenie jest potrzebne, ale samo nie wystarczy. O trwałej pozycji państwa decyduje także to, ilu ma ludzi zdolnych projektować, badać, wdrażać i obsługiwać złożone technologie. Dlatego bezpieczeństwo zaczyna się wcześniej: w szkole, na uczelni, w laboratorium i w jakości kształcenia. Kraj, który zaniedbuje te obszary, może kupować nowoczesny sprzęt, ale nie zbuduje suwerenności. Pozostanie jedynie klientem zależnym od cudzej technologiicudzych kaprysów.

Amerykanie zrozumieli to po Sputniku. Sowiecki sukces z 1957 roku wywołał w USA szok i uświadomił elitom, że przewaga strategiczna zaczyna się dużo wcześniej niż na poligonie. Rok później przyjęto National Defense Education Act. Ustawa mówiła wprost, że bezpieczeństwo państwa wymaga „najpełniejszego rozwoju zasobów umysłowych i umiejętności technicznych” młodych ludzi. Zakładała szybkie nadrabianie niedoborów w naukach ścisłych, matematyce, językach nowożytnych i technologii, federalne wsparcie dla programów edukacyjnych oraz pomoc dla studentów, których z systemu mogłyby wypchnąć bariery finansowe. Nie był to gest dobroczynny. Była to polityka bezpieczeństwa prowadzona przez inwestycję w kadry.

Odpowiedź nie polegała na stworzeniu idealnie równego systemu edukacji, lecz na tym, że państwo potraktowało szkoły, uczelnie i zaplecze naukowe jako narzędzie przewagi strategicznej. Za tą decyzją poszły konkretne pieniądze i konkretne priorytety: na nauczanie nauk ścisłych, matematyki i języków, na wyposażenie, na stypendia i wsparcie dla studentów. To zadziałało nie dlatego, że nagle uwierzono w abstrakcyjną wartość edukacji, lecz dlatego, że uznano ją za część racji stanu. Państwo wyznaczyło kierunek, uruchomiło finansowanie i potraktowało rozwój kadr jako warunek bezpieczeństwa.

Europa dochodzi dziś do podobnych wniosków. Komisja Europejska pisze wprost, że specjaliści STEM — czyli z obszaru nauk ścisłych, technologii, inżynierii i matematyki — są niezbędni dla konkurencyjności, bezpieczeństwa i technologicznego przywództwa Unii, a ich brakuje szczególnie w inżynierii, budownictwie i ICT. Na poziomie szkolnictwa wyższego średni udział studentów STEM w UE wynosi 26,9 proc. i spadł o 0,7 punktu procentowego w ostatniej dekadzie, a na poziomie doktoranckim zaledwie 3,8 proc. studentów kształci się w ICT. To oznacza, że Europa mierzy się z rosnącą rywalizacją technologiczną między USA a Chinami, napędzaną wyścigiem o dominację w AI, sama mając niedobór własnych kadr.

To jest zła wiadomość szczególnie dla nas. Gdy specjalistów brakuje w całej Unii, zaczyna się wyścig o talenty, badaczy, inżynierów i ekspertów od nowych technologii. W takim wyścigu przewagę mają państwa bogatsze, lepiej zorganizowane i oferujące mocniejsze uczelnie, lepsze laboratoria, wyższe pensje oraz większe możliwości rozwoju. Problem Polski polega na tym, że wchodzi do tej rywalizacji z podwójną słabością — nie tylko trudniej będzie jej zatrzymać najlepszych, ale już wcześniej ma zbyt wąską bazę ludzi zdolnych wejść do sektorów wysokiej technologii.

Widać to w danych. Tylko 19 proc. absolwentów studiów pierwszego stopnia w Polsce kończy kierunki STEM. OECD pokazuje zarazem, że 40 proc. dorosłych w Polsce w wieku 25–64 lat ma co najwyżej bardzo podstawowe kompetencje czytania, wobec 27 proc. średnio w OECD, a średni wynik osób z wyższym wykształceniem spadł między poprzednim a obecnym cyklem badania aż o 42 punkty. To znaczy, że problem zaczyna się jeszcze przed drenażem mózgów. Słabsze kompetencje podstawowe zawężają pulę ludzi, którzy są w stanie wejść na wymagające kierunki techniczne, ukończyć je i później rozwijać technologie potrzebne gospodarce, przemysłowi i obronności. A gdy ta pula jest mała, odpływ nawet części najlepszych specjalistów uderza w kraj znacznie mocniej niż w państwa mające szerokie zaplecze kadrowe.

Dlatego nie wystarczy zwiększać naboru i ogłaszać sukcesu. Liczy się to, czy państwo potrafi jednocześnie wzmacniać kompetencje podstawowe, poprawiać jakość nauczania, wyłapywać talenty i kierować część wysiłku edukacyjnego tam, gdzie rozstrzyga się przyszła siła gospodarki, przemysłu i obronności. Jeśli tego nie zrobi, Polska będzie nadal kupować gotowe rozwiązania zamiast je współtworzyć.

Właśnie dlatego edukacja i nauka powinny zostać uznane za obszar bezpieczeństwa państwa w sensie dosłownym. Tak jak chroni się infrastrukturę krytyczną, sieci energetyczne czy zdolności wojskowe, tak samo trzeba chronić jakość szkół, uczelni, laboratoriów i ścieżek kształcenia strategicznych kadr. Bez wielkiego zwiększenia nakładów na naukę, badania i edukację wszystkie opowieści o suwerenności pozostaną pustym sloganem. Państwo, które przeznacza na wiedzę ochłapy, nie będzie mocarstwem technologicznym, tylko rynkiem zbytu dla cudzych technologii. Rakiety są potrzebne, ale bez laboratoriów nie będzie suwerenności.

Najnowsze

Sprawdź również

Loża: Prowadź swój pług przez kości umarłych

Loża: Prowadź swój pług przez kości umarłych

Niemal na początku Janina Duszejko znajduje trupa Wielkiej Stopy. To jej sąsiad, nicdobrego, kłusownik i pijak, zadławił się kością. Ale Duszejko wierzy, że to sprawiedliwa zemsta saren, z którymi zmarły toczył nierówną walkę. W powietrzu wisi kryminał, zjawia się...