Czarno to widzę

7 mar 2026

Jarosław Kaczyński ogłosił dziś w Krakowie nie tylko nazwisko kandydata na premiera. Ogłosił kierunek, w którym skręca PiS. Tym kierunkiem są politycy tacy jak Przemysław Czarnek, Dariusz Matecki czy Dominik Tarczyński – głośni, agresywni, ideologiczni. To jest po prostu polskie wydanie prawicy MAGA. Ludzie, którzy pasują jednocześnie do PiS i do Konfederacji, bo mówią tym samym językiem.

Dlatego Kaczyński postawił właśnie na Czarnka. Nie na Morawieckiego, który jest bardziej technokratą od gospodarki i tabel. Postawił na człowieka od wojny kulturowej. Od emocji, nie od zarządzania. Od mobilizowania najbardziej radykalnej części prawicy.

Czarnek jest do tego projektu idealny, bo pasuje zarówno do PiS, jak i obojga Konfederacji. Sam zresztą powiedział to wprost w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Stwierdził, że wykluczona jest tylko współpraca z Tuskiem i jego ludźmi, a „wszystko inne jest możliwe”, w tym koalicja z Konfederacją – „jedną i drugą”. Nie ma tu żadnej tajemnicy. PiS skręca w prawo i przekazuje opaskę kapitana człowiekowi, który ma być naturalnym partnerem dla przyszłej skrajnie prawicowej i antyunijnej koalicji.

I tu dochodzimy do matematyki, której liberalna bańka od miesięcy nie chce zobaczyć. Profile fanów Koalicji Obywatelskiej (dawniej: Platformy Obywatelskiej) potrafią codziennie wrzucać triumfalne screeny ze słupkiem, że KO jest pierwsze, a PiS słabszy w sondażach. Co ma niby być wyznacznikiem sukcesu rządu Tuska.

Problem polega na tym, że to jest kompletnie bez znaczenia. W wyborach parlamentarnych nie wygrywa ten, kto ma więcej od jednej partii przeciwnika. Wygrywa ten, kto potrafi złożyć większość w Sejmie.

A tu sytuacja wygląda bardzo źle.

W sondażu Opinia24 z marca 2026 KO ma 34,2 proc., PiS 22 proc., Konfederacja 14,5 proc., Konfederacja Korony Polskiej 7,2 proc., a Lewica 6,2 proc. Pod progiem są Razem (4,1 proc.), PSL (3 proc.) i Polska 2050 (1,5 proc.). Wygląda to jak wielkie zwycięstwo KO. Tyle że po przeliczeniu mandatów daje to około 238 miejsc dla bloku PiS–Konfederacja–KKP.

W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” jest jeszcze wyraźniej. KO 30,1 proc., PiS 22,1 proc., Konfederacja 13,8 proc., Konfederacja Korony Polskiej 9,2 proc., Lewica 6,8 proc. Pod progiem PSL (4,2 proc.), Razem (3,4 proc.) i Polska 2050 (1,5 proc.). Po przeliczeniu mandatów wychodzi około 248 miejsc dla prawego bloku.

W badaniu Ipsos z lutego jest podobnie. KO 29 proc., PiS 26 proc., Konfederacja 14 proc., Konfederacja Korony Polskiej 7 proc., Lewica 6 proc., a Razem 5 proc. wchodzi do Sejmu. Po zsumowaniu mandatów PiS, Konfederacji i KKP daje to około 251 miejsc – czyli stabilną większość dla prawej strony sceny politycznej.

Czyli w każdym z tych sondaży skrajna prawica dochodzi do władzy.

Prawdą jest, że PiS słabnie – ale rosną obie Konfederacje. I to właśnie one mogą zdecydować o przyszłym rządzie. Kaczyński doskonale to rozumie. Dlatego nie wyciąga dziś polityka środka, tylko Czarnka. To sygnał, że PiS nie zamierza się cofać do centrum. Zamierza iść jeszcze dalej w prawo.

Jeśli ktoś dalej będzie patrzył tylko na to, że KO ma pierwszy słupek w sondażu, może się bardzo zdziwić. W realnej arytmetyce sejmowej większość może ułożyć się po drugiej stronie.

Możliwe więc, że w tej sytuacji obecna koalicja rządząca będzie musiała iść do wyborów jednym blokiem – czymś w rodzaju obozu obrony demokracji – i spróbować wciągnąć do niego także Razem. Piszę to bez entuzjazmu, bo liberałom od Tuska zwyczajnie nie ufam. Ale z dwojga złego rząd złożony z liberałów, lewicy i centroprawicy jest jednak mniejszym problemem niż koalicja PiS ze skrajną prawicą Konfederacji.

Wizja premiera Czarnka może sprawić, że taki scenariusz stanie się politycznie konieczny. Tyle że sam blok wyborczy może nie wystarczyć.

Bo dziś problemem nie jest tylko matematyka sejmowa, ale także nastroje społeczne. W lutym 2026 r. według CBOS tylko 34 proc. Polaków popierało rząd, a 41 proc. było mu przeciwnych. Jeszcze gorzej wygląda ocena jego pracy – 52 proc. badanych ocenia działania rządu negatywnie, a tylko 35 proc. pozytywnie. W badaniu OGB aż 47 proc. ankietowanych wystawiło rządowi złą ocenę.

Te liczby nie biorą się znikąd. Coraz więcej ludzi widzi, że ten rząd nie jest rządem propracowniczym ani szczególnie proludzkim. Zamiast realnie poprawiać warunki życia większości, pilnuje głównie interesów własnego zaplecza politycznego, biznesowych znajomych i wielkomiejskiej klasy średniej. Jedyną częścią koalicji, która próbuje pchać sprawy w bardziej społeczny kierunek, jest Lewica – ale jej głos nie jest na tyle silny, by przełamać liberalny kurs całego rządu.

Jeśli obóz rządzący dalej będzie dreptał w miejscu, pilnował liberalnych interesów i odkładał na półkę realne reformy społeczne, to odda władzę na własne życzenie. Bo to właśnie realna poprawa jakości życia kształtuje świadomość społeczną i polityczną ludzi. Gdy życie się poprawia, ludzie czują sens demokracji. Gdy stoi w miejscu – rośnie frustracja, a wtedy najłatwiej żeruje na niej skrajna prawica.

Pomysły, które naprawdę trafiają do społeczeństwa, leżą na stole – choćby te od dawna zgłaszane przez Lewicę: mieszkania publiczne, wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, poprawa warunków pracy i bezpieczeństwa socjalnego. Pieniądze na realizację idei państwa dobrobytu można znaleźć. Trzeba tylko mieć odwagę odejść od dogmatów liberalnej polityki i sięgnąć po bardziej egalitarne rozwiązania: sprawiedliwszy system podatkowy, większą redystrybucję i państwo, które stoi po stronie większości społeczeństwa, a nie tylko najzamożniejszych.

Trzeba wreszcie wyjść do ludzi, zwłaszcza do młodych. Bo jeśli oni uznają, że nic się nie zmienia i zostaną w domu w dniu wyborów, to wtedy naprawdę czeka nas polityczny armagedon.

I kraj rządzony przez premiera Czarnka.

Najnowsze

Sprawdź również