Przywódca Korei Północnej dokonał zaskakującego posunięcia dając dowód, że jest istotnie znakomitym i odważnym graczem. Amerykańska dyplomacja, której ostatnie „osiągnięcia” pokazują, że potrafi tylko walić jak cepem albo dawać się ograć (albo też jedno i drugie razem), mogłaby się uczyć od przemyślnego Azjaty.
Najpierw dokonał niemożliwego – swoją konsekwencją w realizowaniu „olimpijskiej odwilży” między Pjongjangiem a Seulem doprowadził do przełomu. Nie tylko otworzył drzwi do zbliżenia między obu państwami koreańskimi i stworzył perspektywę ostatecznego zakończenia wojny sprzed sześciu dekad, ale też przymusił administrację Donalda Trumpa do odejścia od konfrontacyjnej retoryki i akceptacji dla nowego klimatu w stosunkach między Koreą Północną a Południową, o której najpierw Waszyngton twierdził, że to tylko gra na zwłokę, aby osiągnąć moment, w którym rakiety Kima osiągną zdolność zaatakowania kontynentalnej części USA. Wymanewrował wiceprezydenta Mike’a Pence, którego misja rozbicia rodzącego się pojednania między Pjongjangiem a Seulem spaliła na panewce. Czynił jeden pojednawczy gest za drugim, tak pod adresem Korei Południowej, jaki USA. Nawet jego tajne spotkanie z wówczas jeszcze nadal dyrektorem CIA i desygnowanym szefem departamentu stanu Mike’a Pompeo, dwa tygodnie wcześniej jeszcze nawołującym, że całe pojednanie to tylko chytra gra Kima, okazało się sukcesem, a obaj panowie mieli znakomitą interakcję.
Uwolnił więźniów, zapowiedział likwidację poligonu jądrowego, rozpoczął jego demontaż… A Amerykanie – jak to Amerykanie – nie po raz pierwszy dali dowód, że ze świata poza swoim niewiele, albo zgoła nic, nie rozumieją i wzięli jego gesty za dowód słabości. A na Dalekim Wschodzie uprzejmości, ustępstwa okraszone kwiecistą retoryką wcale tego nie oznaczają. Wręcz przeciwnie. Dlatego nagły sygnał, że Korea Północna nie życzy sobie, aby na terenie południowego sąsiada odbywały się manewry wojskowe z udziałem armii amerykańskiej, choć gotowa jest na denuklearyzację, nie zamierza wydać swoich wszystkich głowic jądrowych USA i jest gotowa od spełnienia swoich warunków uzależnić dalszy bieg procesu zainicjowanego podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich Pjongczangu i potwierdzonego przełomowym koreańskim szczytem w Panmundżomie 27 kwietnia i zerwać zaplanowane na 12 czerwca spotkanie z Donaldem Trumpem w Singapurze, był kompletnym zaskoczeniem dla Waszyngtonu, który już przyzwyczaił się do myśli, że lansowana przezeń polityka sankcji i straszenia Pjongjangu wojną prewencyjną rzuciła Kima na kolana i można mu nakazać co tylko się zechce bez żadnych koncesji ze swojej strony. Według „scenariusza libijskiego” – jak to określił niedawno mianowany amerykański prezydencki doradcy do spraw bezpieczeństwa John Bolton – skądinąd znany zwolennik rozwiązań z pozycji siły, który przyłożył rękę do wywołania całego szeregu konfliktów zainicjowanych przez USA.
„Nie jesteśmy zainteresowani negocjacjami które będą polegać na wpychaniu nas w narożnik i stawianiu przed nami jednostronnych żądań” – powiedział wiceminister spraw zagranicznych KRLD Kim Kie-guan w wypowiedzi dla północnokoreańskiej agencji informacyjnej, mówiąc wprost, że jeśli ton relacjom między Waszyngtonem a Pjongjangiem nadawać będą osobnicy pokroju Boltona, nic z tego nie będzie.
Nie sposób nie zauważyć, że – niezależnie od tego, że nagłe usztywnienie stanowiska Pjongjangu można interpretować jako zagranie va banque po uśpieniu czujności przeciwnika, któremu pozwolono myśleć, że to on jest rozgrywającym, sama istota sprawy – „scenariusz libijski” – jest kwestią o zasadniczym znaczeniu dla Kima. I wcale nie jest takim zwrotem, jak by to można przypuszczać. Od samego początku Korea Północna mówiła jasno, że decyduje się na denuklearyzację, ale chce równocześnie gwarancji bezpieczeństwa. I należy to rozumieć tak, że chodzi o gwarancje skonkretyzowane, a nie tylko słowa. Dla kogoś takiego jak Kim Dzong-un jest z pewnością oczywiste, że w czysto werbalne zapewnienia ze strony Waszyngtonu wierzyć nie można. A nazwa Libii – przywołana przez Boltona, – określa właśnie to, przed czym cała strategia budowy arsenału nuklearnego i rakietowego miała Pjongjang bronić. Scenariusza wyglądającego z grubsza tak: „rozbrój się, a jak będziesz już bezbronny to cię dobijemy”. Oczekiwanie, że Pjongjang nie przejrzy takiej gry i lekkomyślnie zrezygnuje ze swojej polisy ubezpieczeniowej za nic w zamian dowodzi, jak marnym jest dyplomatą jest Bolton. Bo przypuszczać, że Kim dobrowolnie zechce podzielić los pułkownika Mu’ammara ak-Kaddafiego jest dowodem bezmyślności. Nic dziwnego, że w Pjongjangu nie tylko zapaliło się ostrzegawcze światło (paliło się od początku zainicjowanego przez Kima procesu), ale że uznał, że jest to moment, w którym należy powiedzieć, co powiedziano.
Na takie słowa wypowiedziane w tym momencie Waszyngton zupełnie nie był przygotowany. Widać to wyraźnie po niezdecydowanych i słabo skoordynowanych reakcjach. „Prezydent pozostaje gotowy, jeśli spotkanie będzie miało miejsce” – oznajmiła rzeczniczka Białego Domu Sarah Sanders. „Zobaczymy” – zakomunikował na Twitterze prezydent Trump. Jakże to inne reakcje od buńczucznych wypowiedzi, że być może ze spotkania zaraz wyjdzie, jeśli nie spełni ono jego oczekiwań – jak pisał dwa miesiące temu. Ale cóż – przecież już przypisał sobie autorstwo sukcesu jako główny architekt wygaszenia konfliktu koreańskiego.
Mediacji pomiędzy KRLD a USA podjął się także Seul, który poczuł, że nagle tak obiecujące perspektywy, jak działania uzgodnione w przyjętej przez Kim Dzong-una i prezydenta Mun Dże-ina deklaracji, mogą obrócić się w proch. Błękitny Dom zakomunikował, że prezydent Mun zamierza „aktywnie przyjąć na siebie rolę mediatora”. 22 maja będzie w Waszyngtonie. Wydaje się więc, że metoda rozgrywki prowadzona przez Kim Dzong-una działa.













