PRAWA OBYWATELSKIE. Działacze i sympatycy organizacji pozarządowych zorganizowali demonstrację przeciwko zmianom ustawy Prawo o zgromadzeniach. Obawiają się, że celem nowego prawa jest kolejne ograniczenie praw obywatelskich.
Chodzi o poselski projekt ustawy, zmieniającej dotychczasowe zasady organizowania zgromadzeń publicznych. Pierwsze czytanie projektu ustawy zostało zaplanowane na wtorkowy wieczór i wówczas posłowie mieli zdecydować, czy wspomniany projekt trafi następnego dnia do sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych. Ostateczna decyzja w tej sprawie zapadnie jednak już po zamknięciu bieżącego numeru „Dziennika Trybuna”.
Równi i równiejsi
Poselski projekt ustawy zakłada m. in. wprowadzenie hierarchii zgromadzeń publicznych, co budzi największe kontrowersje, ponieważ różnicuje prawo do demonstrowania w zależności od tego, kto będzie organizatorem manifestacji. Autorzy projektu wymyślili sobie, że manifestacje będą miały różny status prawny, w zależności od tego, kto je organizuje. Zdaniem prawników, zawarte w projekcie rozwiązania są niekonstytucyjne
I tak, pierwszeństwo w organizowaniu zgromadzeń publicznych (chodzi o pochody, demonstracje, obchody różnego rodzaju świąt czy rocznic) będą miały władze publiczne – zarówno centralne, jak i lokalne. Krytycy takiego rozwiązania przywołują czasy Polski Ludowej, kiedy to władze państwowe i partyjne miały w zasadzie monopol na organizowanie tego rodzaju imprez. Prawo władz publicznych do zorganizowania jakiejkolwiek demonstracji czy pochodu byłoby więc w zasadzie nie do podważenia.
Co więcej, obywatele nie mieliby już prawa zorganizować kontrmanifestacji wobec imprez organizowanych przez władze publiczne różnego szczebla. W praktyce oznacza to zablokowanie możliwości sprzeciwu obywateli wobec imprez firmowanych przez rządzących, niezależnie od ich treści. Jak twierdzą przedstawiciele opozycji, od takiego rozwiązania już tylko krok do państwa autorytarnego, w którym to władze państwowe decydują o tym, w jakich sprawach obywatele mają prawo wychodzić demonstrować na ulice. Oczywiście – głównie po to, by uczestniczyć w oficjalnych pochodach i wiecach.
Kościół i „miesięcznice”
W ramach wspomnianej hierarchii zgromadzeń, na drugim miejscu – pod względem ważności i dopuszczalności organizowania imprez masowych – byłyby związki wyznaniowe. Nie ulega wątpliwości, że autorom nowelizacji Ustawy o zgromadzeniach publicznych chodziło przede wszystkim o wszelkie imprezy organizowane przez kościół katolicki, któremu powodów do świętowania i obchodzenia różnego rodzaju rocznic nigdy nie brakuje. Autorzy ustawy nie mogli jednak napisać tego wprost, ponieważ byłoby to ewidentne złamanie ustawy zasadniczej, która mówi o równych prawach wszelkich związków wyznaniowych. Nie oszukujmy się jednak – doskonale wiemy, że w Polsce są kościoły i związki wyznaniowe „równe” i „równiejsze”. Jest to więc ze strony rządzącej prawicy kolejny ukłon w kierunku kościoła katolickiego, którego zaangażowaniu zawdzięczają oni swój sukces wyborczy w ubiegłorocznych wyborach, zarówno prezydenckich, jak i parlamentarnych.
Na trzecim miejscu we wspomnianej hierarchii zgromadzeń znalazły się te, które odbywają się cyklicznie, a więc najczęściej towarzyszą różnego rodzaju rocznicom. I nie łudźmy się, że przepis ten miałby obejmować coroczne pochody z okazji 1 Maja, a więc obchodzonego na całym świecie przez lewicę Międzynarodowego Święta Pracy. Święto to – jak od dawna wiadomo – rządząca prawica chce zlikwidować, mimo iż nie jest to żaden „relikt PRL-u”. Nie tylko takie rzeczy podlegają dziś bowiem procesowi „dekomunizacji”.
Owe „zgromadzenia cykliczne”, o których wspomina projekt ustawy, to z pewnością obchodzone co miesiąc tzw. miesięcznice smoleńskie, organizowane przez PiS oraz związane z nim środowiska prawicowo-konserwatywne i kościelne pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Gdyby ów kontrowersyjny projekt ustawy wszedł w życie, organizatorzy tych wieców mieliby gwarancję, że każdego 10. dnia miesiąca będą mogli spokojnie demonstrować na Krakowskim Przedmieściu i będą chronieni już z mocy ustawy przed ewentualnymi kontrdemonstracjami. A te są zapowiadane od dawna przez organizacje i środowiska, które mają dosyć terroru tzw. sekty smoleńskiej.
Do kategorii „zgromadzeń cyklicznych” na pewno zaliczają się również Marsze Niepodległości, organizowane przez skrajną prawicę, z Obozem Narodowo-Radykalnym na czele. Ulicami Warszawy przechodzą one regularnie od 2010 r., gromadząc z roku na rok coraz większą liczbę uczestników. Oficjalnie, rządzące PiS nie jest współorganizatorem tej imprezy, choć początkowo jego przedstawiciele zasiadali w Komitecie Honorowym marszu. Ale już w samej imprezie, której do listopada 2015 r. (czyli przejęcia władzy przez PiS) towarzyszyły zadymy i bójki z policją, działacze PiS oficjalnie nie uczestniczyli.
Obywatele na szarym końcu
Kolejną grupą zgromadzeń w przewidzianej w projekcie nowelizacji Ustawy o zgromadzeniach mają być „zgromadzenia standardowe i zgromadzenia w trybie uproszczonym”, a więc różnego rodzaju festyny i imprezy masowe, rzadko kiedy związane z bieżącą polityką i sytuacją społeczną.
Dopiero na samym końcu ważności wymieniono „zgromadzenia spontaniczne”, czyli takie, które dotąd dominują i do których prawo jest zagwarantowane w konstytucji. Tymczasem to właśnie prawo do demonstracji obywatelskich jest jednym z podstawowych praw obywatelskich i należy do demokratycznych standardów na całym świecie.
Konstytucja RP
Art. 57. Każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ograniczenia tej wolności może określać ustawa.
Gdyby przedłożony przez posłów projekt nowelizacji Ustawy o zgromadzeniach został przegłosowany i wszedł w życie, oznaczałoby to, że wszelkie pikiety oraz demonstracje – zwłaszcza organizowane przez środowiska opozycyjne czy antysystemowe – mogłyby zostać zablokowane przez władze publiczne pod byle pretekstem. Obywatele nie tylko nie mieliby prawa organizować kontrdemonstracji wobec jakichkolwiek państwowych bądź kościelnych imprez (co oznacza ograniczenie praw obywatelskich), ale też mieliby problem ze zorganizowaniem innych demonstracji.
Rząd się ubezpiecza
Opracowanie takich rozwiązań to wniosek, jaki rządzący wyciągnęli z niedawnych demonstracji antyrządowych, zorganizowanych m.in. przez organizacje kobiece w ramach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, kiedy na początku października tysiące kobiet wyszło na ulice w proteście przeciwko planom zaostrzenia tzw. ustawy antyaborcyjnej, co zmusiło rządzących do wycofania się (na razie…) z planów odebrania kobietom resztki praw reprodukcyjnych. Również cykliczne demonstracje Komitetu Obrony Demokracji mogły skłonić obecną władzę do opracowania tego rodzaju ograniczeń. Zwłaszcza, że ich organizatorzy już od ponad roku nie dają rządzącym spokoju przypominając kolejne przypadki łamania przez nich ustawy zasadniczej, starając się konsolidować siły opozycyjne i coraz głośniej mówiąc o potrzebie przeprowadzenia wcześniejszych wyborów, które odsunęłyby PiS od steru rządów. Zresztą, politycy PiS wielokrotnie wyrażali swój negatywny stosunek do wszelkich form masowego sprzeciwu przeciwko „dobrej zmianie”. I znaleźli sposób jak je skutecznie wyeliminować.
„Wiecie, co to wszystko oznacza?” – pytają organizatorzy protestu. „Koniec legalnych demonstracji, koniec możliwości sprzeciwu wobec brutalnych dla kobiet ustaw, koniec możliwości sprzeciwu nauczycieli i rodziców uczniów, koniec możliwości żądań przez pielęgniarki, górników, rolników itd. Koniec pikników, marszów i pikiet. Koniec legalnego sprzeciwu. Koniec społeczeństwa obywatelskiego” – ostrzegają.
Kontrowersyjny projekt ustawy został zgłoszony jako projekt poselski. Z pewnością został on uzgodniony z „centralą” PiS. Gdyby jednak taki projekt został zgłoszony przez rząd, byłoby jasne, komu (i dlaczego) zależy na takim zamachu na nasze elementarne prawa obywatelskie. Poza tym, jak każdy projekt rządowy musiałby on zostać poddany szerokim konsultacjom społecznym, które zapewne nie zostawiłyby na nim suchej nitki i starały się go zablokować. Tymczasem poselski projekt ustawy nie wymaga tego rodzaju konsultacji, zaś do jego zgłoszenia wystarczy zebrać 15 podpisów poparcia w Sejmie, aby trafił pod obrady Sejmu. Wziąwszy pod uwagę arytmetykę sejmową oraz praktykę obecnej większości parlamentarnej, może on zostać uchwalony w ekspresowym tempie, bez oglądania się na sprzeciw opozycji i obywateli.
„To może być jedna z ostatnich legalnych demonstracji” – przestrzegali organizatorzy akcji pod Sejmem.












