Podobno Ameryka chce nas wyzwolić. Nie od dyktatorów, nie od kryzysu, nie od terroryzmu. Od europejskich przepisów. W Waszyngtonie ma powstawać portal „freedom.gov”, który pokaże Europejczykom treści blokowane lub zakazywane w ich krajach. Bo Unia – jak twierdzą trumpiści – knebluje obywateli.
Brzmi groźnie, ale na razie nie mamy żadnej wielkiej proklamacji. Nie było przemówienia Trumpa z Gabinetu Owalnego. Nie ma ustawy. Są doniesienia agencji Reuters, powołującej się na źródła w Departamencie Stanu. Jest informacja, że domena została zarejestrowana w styczniu. Jest ślad po stronie z logo rządowego studia projektowego. I są przecieki o tym, że portal miałby umożliwiać dostęp do treści blokowanych w Europie, być może z funkcją przypominającą VPN. Póki co to chyba wszystko.
Jeśli wierzyć przeciekom, mowa jest o archiwum lub repozytorium treści blokowanych w Europie, o ewentualnym obejściu geoblokad, o symbolicznej narracji „walki z cenzurą”. Raczej nie będzie to nowy Facebook ani globalna platforma o masowym zasięgu. Nawet gdyby portal ruszył w zapowiadanej formie, jego naturalną publicznością byliby ci, którzy już są przekonani, że Unia knebluje. Kręgi skrajnie prawicowe, aktywiści anty-DSA, libertarianie i środowiska antysystemowe. Czyli bańka.
Treści z takiego miejsca byłyby screenowane, przeklejane na Telegram, rozsyłane na WhatsAppie, używane jako „dowód cenzury” w zamkniętych grupach. Dosłownie dla wąskiej banieczki europejskich sympatyków MAGA i dla rozmaitych antyunijnych szurów, którzy już dziś są przekonani, że Bruksela chce im odebrać głos. To byłby raczej magazyn argumentów dla przekonanych niż narzędzie zmiany opinii większości.
Warto zaznaczyć że gdy trumpiści mówią o „cenzurze UE”, nie chodzi im o zamykanie redakcji ani zakaz dla partii konserwatywnych. Nie chodzi o penalizację krytyki migracji. Chodzi o to, że europejskie prawo pozwala usuwać treści dehumanizujące, podżegające do przemocy, szerzące nienawiść rasową albo takie, które w świetle przepisów uznawane są za nielegalne lub szczególnie szkodliwe. To właśnie ma być dowodem „reżimu”.
Spór dotyczy w ogromnej mierze środowisk prawicowych. To one najgłośniej krzyczą o „uciszaniu”. To ich posty bywają usuwane jako mowa nienawiści. To one przedstawiają regulacje jako zamach na wolność, gdy platforma kasuje wpis o „zwierzęcych hordach” albo fałszywy film mający dowodzić „zbrodni migrantów”. I nagle Europa staje się tyranią.
Portal „freedom.gov”, jeśli w ogóle powstanie, może być klasyczną wydmuszką. Symbolicznym projektem pokazującym, że „zła Unia coś blokuje”. Zwracają na to uwagę także eksperci cytowani w zachodnich mediach: w Europie taki ruch byłby odczytany raczej jako demonstracja polityczna niż realne narzędzie technologiczne. Wystarczy kilka wyselekcjonowanych przypadków i gotowa jest narracja: Europa cenzuruje, Ameryka i Trump ratują wolność słowa. To nie musi być przełom technologiczny. Wystarczy, że będzie narzędziem politycznym.
Czy to realne zagrożenie systemowe? Na dziś – nie wygląda. Żeby stało się poważnym narzędziem wpływu, musiałoby mieć ogromny ruch, być szeroko linkowane, zostać włączone w kampanie wyborcze i mieć zaplecze finansowe do agresywnej promocji. Na razie mamy domenę, przeciek i narrację. Nawet część komentatorów zwraca uwagę, że bez skali i masowego odbiorcy projekt pozostanie głównie gestem symbolicznym.
To może się rozwinąć. Ale równie dobrze może skończyć się na medialnym balonie. Nie chodzi tu o stworzenie globalnej infrastruktury wolności. Chodzi o podważenie europejskich regulacji i wsparcie tych, którzy czują się przez nie ograniczeni. O pokazanie, że jeśli Europa stawia granice wolności słowa, to jest wrogiem wolności. A przecież wolność słowa nigdzie nie jest absolutna. Nawet w Stanach Zjednoczonych Pierwsza Poprawka nie chroni podżegania do bezpośredniej przemocy, gróźb czy zniesławienia.
Europa ma prawo powiedzieć: dehumanizacja nie jest opinią, a masowa manipulacja nie jest wolnością. Regulacje są potrzebne, bo bez nich internet zamienia się w przestrzeń, w której kłamstwo rozchodzi się szybciej niż fakty. Państwo nie tworzy przepisów po to, by uciszać krytyków, lecz by wyznaczyć minimalne zasady gry.
I o to właśnie toczy się dziś spór. Nie o konserwatywne poglądy, lecz o to, czy wolno bez konsekwencji podsycać nienawiść i chaos informacyjny. Europa nie jest państwem zza żelaznej kurtyny i nie potrzebuje internetowej wersji Radia Wolna Europa, by bronić wolności. Nie potrzebuje też cyfrowej „Wolnej Europy”, która pod hasłem walki z cenzurą będzie rozprowadzać fejki, szczucie i polityczne peany na cześć Donalda Trumpa. Nie potrzebujemy importowanej propagandy.
W dobie deepfake’ów, zautomatyzowanych kampanii wpływu i przemysłowej dezinformacji regulacje nie są zamachem na wolność, lecz elementem obrony debaty publicznej. Jeśli coś wymaga dziś wzmocnienia, to nie “wolność słowa”, lecz siła działań wobec skali współczesnych manipulacji.











