Jeszcze chwila, a w trumpistowskiej propagandzie papież okaże się agentem Teheranu, bo nie chce pobłogosławić wojny. I nie jest to już żart z gatunku political fiction. Jak ujawniono, w styczniu do Pentagonu wezwano kardynała Christophe’a Pierre’a, papieskiego przedstawiciela w Stanach Zjednoczonych. Według relacji opisanej przez „The Free Press” rozmowę prowadził Elbridge Colby, podsekretarz obrony USA do spraw polityki, czyli człowiek od strategicznej linii Pentagonu. Ton spotkania miał być na tyle ostry, że w Watykanie mówiono o „gorzkiej lekcji” i o sugestii, iż Stany Zjednoczone mają dość siły, by robić „co chcą”, a papież lepiej niech stanie po ich stronie. Pentagon nie zaprzeczył, że spotkanie się odbyło — twierdził tylko, że jego opis został wyolbrzymiony.
Na linii Watykan — Biały Dom iskrzy co najmniej od 9 stycznia. Wtedy Leon XIV powiedział wprost, że dyplomację opartą na dialogu i szukaniu konsensusu wypiera dziś „dyplomacja oparta na sile”, prowadzona przez pojedyncze państwa albo grupy sojuszników, a po świecie znów rozchodzi się zapał do wojny. To była czytelna aluzja do polityki Trumpa — do języka szantażu, do gróźb wobec Grenlandii i Kanady, do logiki, w której przewaga militarna sama w sobie ma być argumentem politycznym. I trzeba to powiedzieć wprost — Trump zdążył już pokazać, że dla niego siła nie jest ostatecznością, lecz metodą. W styczniu amerykańska operacja doprowadziła do schwytania Nicolása Maduro w Wenezueli, a wobec Kuby Waszyngton prowadzi politykę presji, która pogłębia kryzys paliwowy, blackouty i paraliż usług publicznych. Papież uderzył więc nie w abstrakcję, lecz w bardzo konkretny model imperialnej władzy.
W ostatnich dniach Leon XIV — pierwszy amerykański papież w historii — zaczął jeszcze wyraźniej punktować nie samą wojnę, lecz całą moralną konstrukcję trumpizmu. Gdy Trump zagroził, że „cała cywilizacja umrze tej nocy”, papież nazwał taką groźbę wobec całego narodu irańskiego „naprawdę nie do przyjęcia”. Mówił, że wojna jest niesprawiedliwa, że niczego nie rozwiązuje, tylko pogłębia światowy kryzys gospodarczy i energetyczny, a ataki na infrastrukturę cywilną są sprzeczne z prawem międzynarodowym. Wcześniej przypominał też, że Jezus jest Królem Pokoju i nie słucha modlitw tych, którzy prowadzą wojnę. Z punktu widzenia chrześcijaństwa to elementarz. Z punktu widzenia Białego Domu — bezczelność, bo papież odmówił bycia kapelanem amerykańskiego imperium. Amerykański papież okazał się mniej imperialny niż amerykański prezydent.
W tym właśnie kontekście styczniowe wezwanie do Pentagonu nabiera sensu. To próba ustawienia Watykanu do szeregu. Tym bardziej że według relacji padła tam aluzja do Awinionu, czyli okresu w XIV wieku, gdy papiestwo znalazło się pod silnym wpływem świeckiej monarchii francuskiej. Mówiąc prościej — miało to brzmieć jak przypomnienie, że władza świecka już kiedyś potrafiła przycisnąć Kościół do ściany. To nie jest erudycyjna ozdoba. To jest polityczny sygnał. Skoro już wyciąga się takie analogie, to niedługo trumpiści pewnie zaczną cytować Stalina i pytać, ile papież ma dywizji. A kiedy zrozumieją, że nie ma żadnych i że z papieżem może być im łatwiej niż z Maduro, to kto wie, do jakich fantazji jeszcze dojdą.
Wyobraźcie sobie tylko ten genialny plan. Operacja „Absolute Faith” — miesiące szpiegowania: CIA w sutannach i koloratkach mapuje każdy ruch Leona XIV, wie, o której papież klęka do pacierza, co je na kolację i czy śpi w piżamie, czy w samych majtkach z Matką Boską na tyłku. Budują w bazie pełnowymiarową makietę Pałacu Apostolskiego, komandosi Delta Force ćwiczą wyważanie drzwi sypialni papieskiej i gaszenie „obrony przeciwlotniczej” w postaci dwóch Szwajcarów z halabardami. A potem bum — nocą o drugiej helikoptery Black Hawk wiszą nad Watykanem, cyberatak gasi prąd w całym Rzymie, a chłopcy w czarnych mundurach wpadają do alkowy. Leon XIV budzi się z krzyżykiem w garści i miną „co jest, kurwa, grane?”, a oni już go pakują w kajdanki, w samych papieskich majtkach, bez sutanny, bez tiary, bez niczego. „Chodź, Ojcze Święty, Trump chce z tobą pogadać osobiście” — rechoczą, ładując go do śmigłowca jak worek ziemniaków. Po godzinie jest już na pokładzie USS „Iwo Jima”, w drodze do Nowego Jorku na proces za plucie na Amerykę, trzymanie z Iranem i działanie przeciw naszym chłopakom, bo odmówił pobłogosławienia wojny. Bo w trumpizmie Bóg jest tylko wtedy, gdy stoi po stronie tych, którzy mają więcej rakiet. Reszta to heretycy w gaciach.
Kończąc już ten fikcyjny scenariusz i wracając do realiów — właśnie to jest w trumpizmie najbardziej obrzydliwe. Nie sama brutalność, tylko wycieranie sobie mordy wiarą. Trumpiści i cała ich religijna przybudówka — ewangelikalni fundamentaliści, chrześcijańscy syjoniści, różne telewizyjne sekty od apokalipsy i geopolityki — bez przerwy stroją się w piórka obrońców „cywilizacji chrześcijańskiej”. Nieprzypadkowo ważne miejsce zajmują w tym otoczeniu ludzie pokroju Pauli White-Cain, teleewangelistki współtworzącej religijny cyrk trumpizmu, w którym prezydent USA nie ma być już politykiem, lecz pomazańcem, narzędziem Boga i świeckim mesjaszem dla rozhisteryzowanej prawicy. Tyle że ich wiara działa tylko w jedną stronę. Krzyż jest dobry, dopóki da się nim ozdobić bombowiec. Bóg jest potrzebny, dopóki błogosławi sankcje, ultimata i rakiety. Papież jest potrzebny, dopóki daje się użyć jako rekwizyt. Gdy mówi, że wojna jest niesprawiedliwa, że groźby wobec całych narodów są nie do przyjęcia, a cywilów nie wolno traktować jak pionków, nagle przestaje być autorytetem. Staje się problemem. I to właśnie mówi dziś o trumpizmie najwięcej — nie to, że kłóci się z Watykanem, tylko to, że Boga uznaje się wyłącznie wtedy, gdy Bóg mówi głosem Pentagonu.
W Polsce też już to przerabialiśmy i, co gorsza, niewiele się tu zmieniło. Nasza narodowo-katolicka prawica, która lubi przedstawiać się jako ostatni bastion wiary, dużo chętniej słucha Trumpa niż papieża. Tak było za Franciszka i tak pozostaje dziś — bez większych zmian u tych samych katolickich komentatorów, polityków i kaznodziejów. Franciszek nie miał obsesji na punkcie ludzi LGBT, nie opowiadał o żadnej „tęczowej zarazie” ani o demonicznej „ideologii”, która ma zniszczyć świat. A jednak spora część polskich biskupów właśnie tym żyła — straszeniem, pogardą i politycznym podjudzaniem. Papieża słuchali wtedy, gdy mówił coś bezpiecznego. Gdy mówił o godności ludzi odpychanych, o miłosierdziu, o uchodźcach, pokoju i Kościele mniej brutalnym, nagle głuchli. I dokładnie ten sam odruch widać także dziś: ci sami ludzie, którzy najgłośniej mówią o obronie chrześcijaństwa, bez mrugnięcia okiem klaszczą Trumpowi, nawet gdy stoi on w jawnej sprzeczności z papieskim wezwaniem do pokoju, umiaru i elementarnej moralnej przyzwoitości. Na tym właśnie polega ten mechanizm — Boga, papieża i chrześcijaństwo uznaje się tylko wtedy, gdy da się je zaprząc do własnej nienawiści, własnego interesu i własnej propagandy.












