Donald Trump miał być wielkim deal makerem, który zamiast bomb będzie podpisywał porozumienia. Dziś coraz wyraźniej widać, że ten mit rozpada się na naszych oczach. Im bardziej słabnie w kraju, tym chętniej sięga po brutalność za granicą.
Przez lata Donald Trump budował swój polityczny mit jako człowiek dealu, outsider i przeciwnik establishmentu, który zakończy „głupie wojny Ameryki”. Atakował architektów wojny w Iraku, szydził z elit odpowiedzialnych za katastrofy amerykańskiej polityki zagranicznej i obiecywał, że pod rządami „America First” Stany Zjednoczone wreszcie zajmą się własnymi problemami.
Ten przekaz trafiał na podatny grunt. Po dekadach interwencji wielu Amerykanów ma zwyczajnie dość wojen, które pochłaniają miliardy dolarów i życie żołnierzy, a nie przynoszą ani pokoju, ani stabilności. Sondaże dobrze to pokazują. Według Chicago Council on Global Affairs ponad połowa Amerykanów uważa, że wojny w Iraku i Afganistanie były błędami. Badania Gallupa pokazują z kolei sprzeciw większości społeczeństwa wobec wysyłania wojsk USA do nowych konfliktów na Bliskim Wschodzie. Trump potrafił to zmęczenie wykorzystać, choć nie dlatego, że odrzucał logikę imperium, lecz dlatego, że uznawał ją za zbyt kosztowną dla samych Amerykanów.
Jego pierwotna strategia była stosunkowo prosta. Ograniczyć kosztowne uwikłania militarne na Bliskim Wschodzie, a zasoby przerzucić do wojny gospodarczej z Chinami. W ten sposób miał bronić miejsc pracy, odbudować technologiczną przewagę USA i pokazać własnemu elektoratowi, że państwo znów działa przede wszystkim dla niego.
Brzmiało to jak mieszanka nacjonalizmu gospodarczego i selektywnego izolacjonizmu. Tę narrację kupił zarówno jego elektorat, jak i część amerykańskiego kapitału, który coraz bardziej obawiał się rosnącej konkurencji ze strony Chin. Problem polegał jednak na tym, że tę wojnę handlową od początku bardzo trudno było wygrać.
Trump zrozumiał to dopiero wtedy, gdy Pekin zagroził ograniczeniem dostępu do metali ziem rzadkich – kluczowych surowców dla przemysłu wysokich technologii, elektroniki i systemów wojskowych. Chiny przez dekady budowały dominację w całym łańcuchu ich przetwarzania i dziś odpowiadają za około 60–70 proc. światowego wydobycia oraz nawet 85–90 proc. rafinacji. Amerykańska gospodarka pozostaje od tego systemu silnie zależna. Gdy pojawiła się realna groźba utraty dostępu do tych materiałów, Trump musiał ustąpić. A dla polityka, który buduje swój autorytet na pozie twardziela, każdy taki ruch jest politycznie kosztowny.
Przez pewien czas udawało mu się jednak utrzymywać obraz silnego lidera. Paradoks polegał na tym, że wiele cech, które liberalni komentatorzy uznawali za kompromitujące – jego język, styl bycia, sposób prowadzenia interesów czy stosunek do kobiet – dla części wyborców było dowodem stanowczości. Ale ten obraz zaczął się kruszyć.
Najmocniej widać to w kryzysie kosztów życia. W Stanach Zjednoczonych ceny podstawowych dóbr wzrosły od 2019 roku średnio o blisko 30 proc. Według danych U.S. Bureau of Labor Statistics (CPI) żywność podrożała w tym czasie o ponad 25 proc., a koszty energii i wielu usług jeszcze bardziej. Szczególnie mocno widać to na rynku mieszkań. Dane National Association of Realtors pokazują, że medianowa cena domu w USA zbliżyła się już do 400 tys. dolarów, a wysokie stopy procentowe sprawiły, że rata przeciętnego kredytu hipotecznego wzrosła w ostatnich latach o kilkadziesiąt procent. Równocześnie rosną koszty leczenia – według analiz Centers for Medicare & Medicaid Services przeciętne wydatki na opiekę zdrowotną przekraczają dziś 13 tys. dolarów rocznie na osobę. W praktyce oznacza to jedno: miliony ludzi funkcjonują na kredyt i żyją od wypłaty do wypłaty. Dotyczy to także wyborców Trumpa. Gdy rachunki za mieszkanie, jedzenie i leczenie rosną szybciej niż dochody, coraz trudniej przekonywać ludzi, że wszystko jest pod kontrolą.
Do tego doszła sprawa Jeffreya Epsteina. Trump zapowiadał ujawnienie akt i ukaranie winnych, kreując się na obrońcę kobiet. Tymczasem dokumenty pokazały, że część jego środowiska była powiązana z przestępczą siecią nadużyć i przemocy wokół Epsteina. Wszystko to zaczęło podważać obraz nieomylnego przywódcy.
Reakcja była przewidywalna. Najpierw przyszła eskalacja napięcia w kraju. Spektakularne zatrzymania, doniesienia o porwaniach ludzi z ulic, morderstwa Renne Good i Alexa Prettiego oraz rozbudowa systemu obozów detencyjnych, czemu towarzyszyły coraz częstsze oskarżenia o łamanie praw człowieka. Potem pojawiła się coraz bardziej agresywna retoryka wobec świata. Trump zaczął grozić Ukrainie i Grenlandii, próbując uzyskać dostęp do surowców potrzebnych w rywalizacji z Chinami.
Kolejnym etapem był powrót do klasycznych „wiecznych wojen”. Trump mówił i mówi wprost, że amerykańska interwencja w Wenezueli była motywowana chęcią zabezpieczenia dostępu do ropy. To otwarte przyznanie się do sięgnięcia do logiki grabieży. Ameryka używa siły tam, gdzie uzna to za opłacalne. Bo może.
Mimo tego wszystkiego poparcie dla Trumpa nadal spadało i spada. I właśnie w tym momencie dochodzimy do Iranu.
Amerykańskie uderzenie na Iran jest kolejnym gwoździem do trumny wizerunku Trumpa jako rzekomego „prezydenta pokoju”. Zresztą sam Trump zapowiedział to już w styczniu, gdy w wiadomości do premiera Norwegii Jonasa Gahra Støre stwierdził z irytacją, że skoro nie przyznano mu Pokojowej Nagrody Nobla, to nie czuje się już zobowiązany myśleć wyłącznie o pokoju. Jak widać, zapowiedź tę szybko zaczął realizować. Polityk, który jeszcze niedawno przedstawiał się jako człowiek kończący wojny, decyduje się dziś na bombardowanie kolejnego państwa – i robi to jako lider ustanowionej przez siebie „Rady Pokoju”.
Pomaga mu w tym regionalny sojusznik – Benjamin Netanjahu, dla którego wojna stała się polityczną polisą na życie. Wiele wskazuje również na to, że to właśnie Izrael pchnął sytuację w stronę ataku. Netanjahu był gotów uderzyć tak czy inaczej, a Trump – nie chcąc wyglądać na słabego – dołączył do bombardowania. O czym świadczą wypowiedzi prezydenta USA i jego politycznej świty, którzy w tej sprawie zdążyli już kilkakrotnie zmienić narrację.
Problem w tym, że taka strategia rzadko kończy się sukcesem. Uderzenia na Iran bardzo szybko doprowadziły do śmierci najwyższego przywódcy Alego Chameneiego, ale państwo nie rozpadło się w kilka dni, jak najwyraźniej zakładał Trump. Irańskie instytucje wciąż działają. Wybrano nowego najwyższego przywódcę, a aparat państwowy i wojskowy dalej trwa.
Trudno się temu dziwić. Iran nie jest państwem zbudowanym wokół jednego człowieka, lecz rozbudowanym systemem instytucji religijnych, politycznych i wojskowych, tworzonym od rewolucji 1979 roku. Eliminacja przywódcy nie oznacza automatycznie upadku całej konstrukcji. Wielu ekspertów od lat podkreśla zresztą rzecz prostą. Mianowicie, w historii żadnego państwa nie obalono wyłącznie bombardowaniami z powietrza. Naloty mogą niszczyć infrastrukturę, zabijać ludzi i siać chaos, ale rzadko zmieniają system polityczny.
Iran to zresztą coś więcej niż jedno państwo. To centrum świata szyickiego. Na świecie żyje ponad dwieście milionów szyitów – od Iraku i Libanu po Pakistan i Indie. Nawet całkowite zniszczenie Iranu nie oznaczałoby więc końca tego ruchu ani jego wpływów. Przekonanie, że kilka fal bombardowań rozwiąże „problem Iranu”, należy raczej do świata politycznych fantazji niż poważnej strategii.
Plan Trumpa zakłada szybkie i spektakularne uderzenia, które mają pokazać światu militarną dominację Stanów Zjednoczonych. Zamiast tego Ameryka coraz głębiej wchodzi w kolejny konflikt, który pochłania miliardy dolarów i tysiące istnień. Już teraz tylko około jedna czwarta Amerykanów popiera ataki na Iran. W efekcie działania Trumpa osłabiają jego pozycję w kraju, a zarazem destabilizują sytuację międzynarodową.
Na tym właśnie polega pułapka polityki „silnej ręki”. Taki przywódca żyje z wizerunku nieomylności i dominacji. Gdy ten obraz zaczyna pękać, pojawia się pokusa coraz brutalniejszych demonstracji siły – najpierw wobec przeciwników wewnętrznych, potem wobec świata. Trump znalazł się właśnie w takiej sytuacji. Z jednej strony presja Izraela pchała konflikt w stronę uderzenia na Iran. Z drugiej strony polityk budujący swoją władzę na wizerunku twardego przywódcy nie mógł sobie pozwolić, by w takiej chwili wyglądać na słabego. Netanjahu to wykorzystał i w efekcie Trump sięgnął po bezsensowną siłę. Trump nie kończy więc wojen. Trump podpala świat.
PS. Jeśli jakimś wątpliwie możliwym cudem Trumpowi uda się z Iranu wyjść z twarzą – albo przynajmniej sprzedać to własnym wyborcom jako sukces – można być pewnym jednego. „Prezydent Pokoju” dopisze ten konflikt do swojej listy „rozwiązanych kryzysów” i „powstrzymanych wojen”. A potem zapewne znów przypomni światu, że wciąż czeka na Pokojową Nagrodę Nobla.











