50 lat od rekordowej jazdy Fiata 125p

20 cze 2023

Podjęliśmy decyzję: jedziemy po trzeci rekord świata – 50 tys. km. Pobiliśmy go po 361 godzinach jazdy. Ludzie byli szczęśliwi, bo to był Polski Fiat, nasz, żerański, a nie włoski – powiedział w wywiadzie z Maciejem Replewiczem prawnik i uczestnik pobicia trzech rekordów świata w jeździe długodystansowej Fiatem 125p w czerwcu 1973 r. Robert Mucha.

Polska Agencja Prasowa: Skąd w 1973 r. pomysł na pobicie rekordu świata Fiatem 125p?

Wszystko zaczęło się od rozmowy Sobiesława Zasady z jego rajdowym pilotem Markiem Wachowskim, która odbyła się w 1972 r. Wachowski powiedział, że od 20 lat nikomu nie udało się pobić rekordu świata na dystansie 50 tys. km. Pobito go w sierpniu 1952 r. samochodem Simca Aronde na torze Montlhéry. Później próby podejmował m.in. japoński Datsun i Anglicy, ale nikomu się to nie udało. Zasada – ówczesny rajdowy mistrz Europy i Polski – w rozmowie ze mną stwierdził, że warto byłoby go pobić. Wtedy byłem asystentem dyrektora FSO inż. Jerzego Bieleckiego i jednocześnie kierowcą rajdowego zespołu z Żerania. Doszło do spotkania z dyrekcją FSO.

Zaproponowaliśmy pobicie rekordu na dystansie 25 tys. km. „Dacie radę? Żeby nie było kompromitacji!” – zaznaczył Bielecki. To pytanie słyszeliśmy zresztą jeszcze wiele razy. Wątpliwości miał także minister przemysłu maszynowego Tadeusz Wrzaszczyk. Bielecki miał obiekcje, ale się zgodził. Zasada znał dobrze Eugeniusza Pacha – redaktora z telewizji, który w kilku rajdach był jego pilotem, oraz wpływowego wówczas szefa radia i telewizji PRL Macieja Szczepańskiego. Przydzielił nam ekipę dziennikarzy i wóz transmisyjny.

Wybraliśmy miejsce – fragment poniemieckiej, betonowej autostrady (ob. A4) Bielany Wrocławskie-Legnica. Jedno okrążenie miało 65 km i 190 metrów. Wymagało to wyłączenia drogi z ruchu i budowy dwóch przejazdów do zawracania pomiędzy pasami ruchu. Ustaliliśmy, że baza będzie w Kątach Wrocławskich, koło zajazdu „Oaza”. Konieczne było wsparcie wojska, ponieważ potrzebowaliśmy profesjonalnej łączności, namiotów i zabezpieczenia trasy. Dowódca Dolnośląskiego Okręgu Wojskowego gen. Zieliński obiecał, że nam pomoże, i faktycznie wojsko nam wtedy pomogło. Ważną rolę odegrali także cywilni wolontariusze, m.in. uczniowie szkoły samochodowej z Legnicy. Łącznie było zaangażowanych co najmniej 300 osób. Stworzyliśmy zespół – byli to kierowcy rajdowi Jerzy Dobrzański, Ryszard Nowicki, Marek Varisella, Andrzej Aromiński, Andrzej Jaroszewicz i ja. Później, już w trakcie bicia rekordu, dołączył Franciszek Postawka.

Jakim samochodem pobito rekord, a właściwie trzy rekordy?

Auto miało być seryjnym samochodem, ale praktycznie był to wyselekcjonowany (kategoria A), nie rajdowy egzemplarz w białym kolorze. Miał silnik 1,5 litra o mocy 82 KM, taki, jakie montowano w wersjach eksportowych do Francji. Promieniami Rentgena przebadany był każdy korbowód z tłokiem. Rekordowy wóz różnił się też skrzynią biegów o pięciu przełożeniach, pochodzącą z Fiata 132. Na rynku polskim oferowano ją krótko w 1976 r. w dostępnej tylko za dewizy limitowanej wersji Sport, a w pojazdach na krajowy rynek w sprzedaży złotówkowej (za dopłatą)- dopiero w latach 80.

Zgodnie z regulaminem federacji FIA (Fédération Internationale de l’Automobile) pojazd wyposażono w klatkę bezpieczeństwa, która chroniła kierowcę w przypadku dachowania. Na pokładzie były obrotomierz, wskaźnik temperatury oleju, których nie montowano w seryjnych wozach. Unitra dostarczyła radiostację niezbędną do utrzymywania łączności kierowców z bazą. Z importu pochodziły m.in. amortyzatory i okładziny cierne hamulców oraz dodatkowe reflektory. Opony radialne D-90, zresztą pierwsze seryjnie produkowane ogumienie tego typu w Polsce, przygotowały Poznańskie Zakłady Opon Samochodowych Stomil. Nieprzypadkowo nazwano je „Rekord”. Zbiornik paliwa był większy od seryjnego i mieścił 70 litrów. Regulamin FIA określił, że w samochodzie może być tylko ok. 70 kg części zamiennych do podstawowych napraw. Aromiński – kierowca i fantastyczny mechanik – zaproponował, żeby wśród nich był sprawdzony, kompletny tłok. Niektórzy kpili z tego pomysłu: „kto niby będzie robił wam remont silnika w namiocie?” – pytali ironicznie. Okazało się wkrótce, że to Aromiński miał rację.

Jaką taktykę jazdy przyjęliście?

Zmiana jednego kierowcy trwała dokładnie trzy godziny i dwadzieścia minut. Mieliśmy jechać równo, by silnik i inne podzespoły wytrzymały do końca próby. Wszyscy kierowcy jechali z prędkością ok. 138 km/h. Według moich notatek z 1973 r. średnie spalanie wynosiło ponad 13 litrów etyliny 94 oktanów na 100 km.

„Nie ścigacie się na trasie! Żadnego pajacowania, kontrolowanych poślizgów z piskiem opon! Jedziecie płynnie, równo i ze stałą prędkością! Kto będzie się popisywał lub przekraczał 140 km/h, zostanie wykluczony z zespołu!” – zapowiedział nam na odprawie kapitan Zasada.

Traktowaliśmy jego wskazówki serio i przestrzegaliśmy zaleceń. Spaliśmy w jednym z namiotów. Piliśmy dużo wody mineralnej, przez emocje jedliśmy mało. Dodam jeszcze, że rekordowy przejazd od pierwszej do ostatniej sekundy był nadzorowany przez przedstawicieli FIA z Paryża. Chronometrażyści mierzyli czas każdego okrążenia. Dziś dużo pisze się o tym, że to była propaganda sukcesu. Faktem jest, że telewizja i radio transmitowała przejazd na bieżąco, nadano temu duży rozgłos, ale przecież pod kontrolą zagranicznych, bezstronnych przedstawicieli FIA braliśmy udział w prawdziwym wydarzeniu sportowym i nie myśleliśmy wtedy o robieniu propagandy. Czuliśmy, że robimy coś ważnego dla Polski. My, ale także ludzie w całej Polsce byliśmy dumni, że auto wyprodukowane w kraju „dało radę!”.

Jak wspomina pan jazdę?

Wystartowaliśmy w piątek 15 czerwca 1973 r. punktualnie o 17. Pierwszy jechał Zasada, po nim – Jaroszewicz, a ja – trzeci. Jedno okrążenie trwało ok. 28 minut. Czułem wielkie emocje, ale zupełnie inne niż na zwykłym rajdzie, gdzie o wyniku decydują ułamki sekund. A wcześniej wygrałem w swojej grupie w Rajdzie Monte Carlo – najtrudniejszym wówczas rajdzie świata. Ale jazda po rekord był czymś zupełnie innym, także emocje były inne. Po przejechaniu pierwszych dziesięciu tysięcy kilometrów każdy z nas czuł już zmęczenie. Najtrudniejsze były noce. Do dziś pamiętam ten rytmiczny odgłos kół na spoinach pomiędzy betonowymi płytami nawierzchni. To było naprawdę niebezpieczne, bo usypiało! Koledzy radzili sobie z tym różnie, nucili jakąś piosenkę, Marek Varisella opowiadał nam o lisie, który akurat przebiegał przez drogę. Robiliśmy wszystko, żeby nie zasnąć od tej monotonii.

17 czerwca doszło do awarii, która mogła zniweczyć rekordowy przejazd. Jurek Dobrzański zameldował, że auto traci moc. W denku tłoka wypaliła się dziura. Gaźnik był ustawiony jak na rajd, gdzie kierowca stale przyspiesza, a my jechaliśmy ze stałą prędkością. Zbyt uboga mieszanka wytworzona w gaźniku spowodowała wypalenie tłoka, auto dymiło. W ciągu ok. półtorej godziny, a więc ekspresowym tempie, zdjęto głowicę silnika i wymieniono tłok na ten z bagażnika – wykonano remont silnika w namiocie serwisowym, w warunkach polowych. To była najpoważniejsza awaria. Później zdarzył się jeszcze wyciek paliwa z nieszczelnego przewodu, wymiana elementu z przegubu krzyżakowego wału napędowego i wyciek oleju spod uszczelki przy czujniku ciśnienia, ale nasi mechanicy naprawiali je bardzo szybko. Przerwy na tankowanie trwały maksymalnie do trzech minut. Serwisanci sprawdzali wtedy poziom oleju, ciśnienie w oponach, myli przednią szybę itp.

23 czerwca przed szóstą rano pobiliśmy rekord świata na dystansie 25 tys. km (138,080 km/h). Byliśmy już bardzo zmęczeni, ale padła decyzja „jedziemy dalej!”. Następnym celem był drugi rekord – dystans 25 tys. mil (ponad 40 tys. km). Nastąpiło to 27 czerwca. Licencja FIA była ważna do końca miesiąca. Podjęliśmy decyzję – jedziemy po trzeci rekord świata – 50 tys. km. Pobiliśmy go po 361 godzinach, 36 minutach i 39 sekundach, jadąc ze średnią prędkością 138 km/h.

Co wydarzyło się później? Czy pobicie rekordów zmieniło wasze życie?

Staliśmy się bardzo rozpoznawalni, jak dziś czołowi piłkarze. Ludzie na ulicy prosili nas o autografy. Wspominamy ten rekord do dziś, choć z naszej siódemki żyje tylko czterech: ja, Sobiesław Zasada, Andrzej Aromiński i Andrzej Jaroszewicz. Ludzie byli naprawdę szczęśliwi, bo przecież to był Polski Fiat, nasz, żerański, a nie włoski.

Udało się nam to, w co wielu wątpiło. To była reklama fabryki i jej samochodów, ale w innych realiach. Dziś profesjonalnie przygotowane auto rajdowe kosztuje pół miliona euro. Za wygraną w klasie Rajdu Monte Carlo (1972) dziś otrzymałbym co najmniej kilkadziesiąt tysięcy dolarów, wtedy dostałem zaledwie komplet nowych opon, dyplom, zniżkę na nowe auto, pamiątkowy puchar i uścisk dłoni. Po pobiciu rekordu francuski importer Polskiego Fiata André Chardonnet sprzedał ponad 20 tys. aut z Żerania. Rekord przełożył się na wzrost sprzedaży 125p w Finlandii. FSO nie eksportowało nigdy aut do USA, ale tam przedstawiciele Polonii zamawiali za 1900 dolarów tysiące aut dla rodzin mieszkających w Polsce.

Najnowsze

Sprawdź również

Majówka w trawie. Kleszcze już czekają

Majówka w trawie. Kleszcze już czekają

Majówka to spacery, działki, lasy, parki, jeziora i pierwsze dłuższe wyjazdy za miasto. Po zimie wiele osób chce po prostu usiąść na trawie, wyjść z psem, rozpalić grilla albo ruszyć na leśną ścieżkę. W tych samych miejscach zaczyna się jednak sezon na jedno z...

Tam, gdzie jeszcze można szusować

Tam, gdzie jeszcze można szusować

Skończyły się ferie, zrobiło się cieplej - i zarządcy polskich ośrodków narciarskich uznali, że już im się nie opłaca utrzymywanie w ruchu wyciągów i naśnieżanie nartostrad. W rezultacie, dziś niełatwo znaleźć w Polsce miejsce na rodzinny, aktywny wypoczynek...

Higiena cyfrowa – jak odzyskać równowagę w świecie ekranów?

Higiena cyfrowa – jak odzyskać równowagę w świecie ekranów?

Higiena cyfrowa stała się dziś niezbędna, bo przeciętny dorosły spędza przed ekranami od 6 do 7 godzin dziennie. Smartfon towarzyszy nam od pierwszych minut po przebudzeniu aż do momentu zasypiania. Coraz więcej osób widzi, że taka „ciągła obecność” telefonu kończy...

Seniorzy w lepszej kondycji psychicznej niż młodzi dorośli

Seniorzy w lepszej kondycji psychicznej niż młodzi dorośli

Opublikowany Raport Narodowego Testu Zdrowia Psychicznego 2025 pokazuje wyraźnie, że kondycja psychiczna Polek i Polaków pozostaje niska, a różnice między grupami wiekowymi są wyjątkowo duże. Według Medonetu, który przeprowadził badanie wśród prawie 30 tys. osób,...

Czechy na każdą porę roku

Czechy na każdą porę roku

Wakacje się skończyły, ale mamy przecież weekendy. Jeśli ktoś szuka więc możliwości atrakcyjnego i aktywnego spędzenia czasu, to warto, by niezależnie od pory roku, parę dni spędził w czeskiej miejscowości Dolni Moravy. W dodatku to niedaleko, zaledwie pięć kilometrów...

Czechy w pigułce

Czechy w pigułce

Nie zawsze warto, wzorem Koziołka Matołka "po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko". Często lepiej wybrać się tam, gdzie jest naprawdę bardzo blisko - i bardzo ciekawie. A tak właśnie jest za naszą południową granicą, w regionie pardubickim, dokąd z...

Nie jesteś sam

Nie jesteś sam

Znasz to uczucie, gdy w urzędzie stoisz, Numerki zbierasz, czas swój tracisz. W labirynt papierków wpadasz z nadzieją, Że może dziś coś załatwisz… Kolejki długie, ludzie znużeni, Każdy czeka, każdy się męczy. A w okienku pani z miną surową, Pyta o dokument, którego...