Irak coraz bardziej przypomina państwo zakładnika własnych sojuszy i własnych zbrojnych struktur. Te same szyickie milicje, które są dziś obecne w parlamencie, aparacie bezpieczeństwa i lokalnej administracji, odpowiadają zarazem za kolejne ataki na cele zachodnie i kurdyjskie. W praktyce oznacza to, że Bagdad jedną ręką mówi o stabilizacji, a drugą toleruje działania, które mogą wciągnąć kraj w pełnowymiarowy chaos.
Najważniejsze w obecnym kryzysie jest to, że znaczna część rakiet i dronów spadających na północ Iraku nie nadlatuje bezpośrednio z Iranu. Startują z terytorium irackiego, przede wszystkim z rejonów Mosulu i Kirkuku. To tam szyickie formacje zbrojne mają swoje bazy, punkty kontrolne i realny wpływ na życie administracyjne oraz gospodarcze. Państwo formalnie istnieje, ale w wielu miejscach to właśnie milicje rozdają karty.
Ich rola dawno przestała ograniczać się do bezpieczeństwa. To dziś równocześnie ugrupowania zbrojne, zaplecze polityczne i sieci wpływu. Są obecne w parlamencie, współtworzą obóz władzy, a jednocześnie prowadzą własne działania militarne, często zgodne bardziej z interesem Teheranu niż z interesem samego Iraku. Taki układ pozwala im korzystać z państwowej legitymizacji, a zarazem utrzymywać możliwość eskalacji poza pełną kontrolą władz.
Właśnie w tym kontekście trzeba patrzeć na atak dronowy sprzed tygodnia na bazę w pobliżu Irbilu, w którym zginął 42-letni francuski podoficer Arnaud Frion. Nadal nie ma całkowitej pewności, która dokładnie grupa przeprowadziła uderzenie. Krótko po nim groźby wobec Francji opublikowała formacja Ashab Al-Kahf, znana z wrogiej retoryki wobec państw zachodnich. Zapowiedziała, że francuskie interesy w Iraku i regionie znajdą się pod ostrzałem. To jednak nadal nie stanowi ostatecznego potwierdzenia sprawstwa.
Znacznie mniej wątpliwości dotyczy szerszego mechanizmu. Wszystko wskazuje na to, że za podobnymi atakami stoją właśnie szyickie milicje działające w Iraku. Od początku wojny z Iranem północ kraju jest regularnie ostrzeliwana. Celem są bazy zagraniczne oraz obozy irańskich kurdyjskich peszmergów. Irak coraz wyraźniej staje się zapleczem wojny, która formalnie nie jest jego wojną, ale coraz mocniej rozgrywa się na jego terytorium.
Źródłem obecnego układu jest rok 2014 i ofensywa Państwa Islamskiego. Kiedy iracka armia się załamywała, najwyższy autorytet religijny irackich szyitów, ajatollah Ali al-Sistani, wezwał obywateli do chwycenia za broń w obronie kraju. W odpowiedzi zaczęły szybko powstawać kolejne formacje zbrojne. Część istniała już wcześniej, część utworzono od zera. Z czasem zostały zebrane pod wspólnym szyldem Haszd asz-Szabi, czyli Sił Mobilizacji Ludowej.
Te formacje odegrały ważną rolę w pokonaniu Państwa Islamskiego. Problem polega na tym, że po zwycięstwie nie zostały realnie rozbrojone ani podporządkowane jednolitemu dowództwu państwa. Przeciwnie, utrwaliły swoją pozycję i zaczęły budować własne strefy wpływów. Dziś są finansowane przez układy korupcyjne, lokalne interesy i relacje z Teheranem. W praktyce stały się irackim narzędziem irańskiej projekcji siły, działającym według logiki znanej choćby z Hezbollahu w Libanie.
Równocześnie te same środowiska głęboko weszły do polityki. Ich przedstawiciele trafili do parlamentu, administracji i struktur bezpieczeństwa. W listopadowych wyborach duże znaczenie zdobył szyicki blok Koordynacyjny, w którym silnie reprezentowane są właśnie środowiska związane z milicjami. To on forsował na stanowisko premiera Nuriego al-Malikiego, starego gracza irackiej polityki, od dawna postrzeganego jako polityk bardzo bliski Iranowi. Stany Zjednoczone próbowały tę nominację zablokować. Efekt jest taki, że Irak od początku roku tkwi w politycznym klinczu, a wojna między Iranem a USA tylko ten paraliż pogłębiła.
Najgroźniejsze jest to, że milicje potrafią prowadzić podwójną grę. Z jednej strony są elementem oficjalnego systemu. Z drugiej zachowują własne łańcuchy dowodzenia, własne interesy i własną zdolność do eskalacji. Gdy trzeba, ich polityczne zaplecze w Bagdadzie mówi językiem państwowej odpowiedzialności. Gdy spadają rakiety, zawsze można twierdzić, że odpowiada za to jakaś bardziej radykalna frakcja, nad którą rząd rzekomo nie ma pełnej kontroli. Ten mechanizm daje im wygodne alibi. Pozwala korzystać z legalności i pieniędzy państwa, a jednocześnie prowadzić działania, od których państwo może się oficjalnie odcinać.
To właśnie dlatego obecna sytuacja jest tak niebezpieczna. Formalnie Irak nadal ma rząd, parlament i siły bezpieczeństwa. Faktycznie jednak znaczną część realnej siły posiadają ugrupowania ideologicznie związane z Iranem i gotowe podporządkować irackie interesy logice regionalnej wojny. Im bardziej zaostrza się konflikt USA z Iranem, tym trudniej sobie wyobrazić powstanie w Bagdadzie rządu naprawdę niezależnego od presji milicji.
Skutki już widać. Według kurdyjskich źródeł od początku wojny w irackim Kurdystanie doszło do około 300 uderzeń, w których zginęło co najmniej osiem osób, a 45 zostało rannych. W odpowiedzi Amerykanie przeprowadzili około trzydziestu ataków na milicje. Według samych Sił Mobilizacji Ludowej zginęło w nich 27 osób, a 50 zostało rannych, w tym Abu Ali al-Askari, jeden z ważniejszych liderów tych środowisk. Napięcie przeniosło się też do Bagdadu. We wtorek wieczorem celem ataków dronowych i rakietowych była ambasada USA. Ofiar nie było, ale Waszyngton wezwał swoich obywateli do jak najszybszego opuszczenia Iraku.
Oficjalna reakcja irackich władz pokazuje cały absurd tej sytuacji. Politycy bloku Koordynacyjnego potępiają amerykańskie uderzenia, ale unikają jasnego potępienia działań własnych frakcji. Premier Mohammed Shia al-Sudani po spotkaniu z szefem PMF Falihem al-Fayyadem podkreślił, że Siły Mobilizacji Ludowej są istotnym elementem narodowego systemu bezpieczeństwa. I właśnie w tym zdaniu zawiera się cały problem dzisiejszego Iraku. Struktury, które miały bronić państwa, stały się zarazem siłą zdolną pchnąć to państwo w cudzą wojnę.
Ryzyko jest oczywiste. Irak może w najbliższych tygodniach stać się pełnoprawnym polem starcia między Iranem i jego irackimi sojusznikami a Stanami Zjednoczonymi i ich partnerami. A to oznaczałoby nie tylko kolejne zabójcze uderzenia, ale też możliwy paraliż państwa, masowe przesiedlenia i niszczenie infrastruktury. Scenariusz libański przestał być abstrakcyjnym ostrzeżeniem. Coraz bardziej wygląda jak realna perspektywa.
Na razie Waszyngton nie chce wysyłać do Iraku wojsk lądowych. Donald Trump po sygnałach o możliwym wsparciu dla irańskich kurdyjskich grup zbrojnych wycofał się z takiego pomysłu i stwierdził, że wojna jest już wystarczająco skomplikowana. W czwartek ponownie zapewnił, że nie zamierza nigdzie rozmieszczać żołnierzy. To jednak nie oznacza uspokojenia. Przeciwnie. Irak pozostaje dziś miejscem, w którym państwo istnieje formalnie, ale realna inicjatywa coraz częściej należy do aktorów, którzy nie odpowiadają przed państwem, tylko przed logiką wojny.












