Od Albina do Radosta

21 lut 2020

Kapituła Nagrody im. Stefana Treugutta uhonorowała Jana Englerta Nagrodą Specjalną za dorobek artystyczny, aktorski i reżyserski w teatrze telewizji. Tylko zbieżność dat sprawiła, że nagroda przypadła w 55 rocznicę jego teatralnego debiutu na małym ekranie – była to postać Żołnierza II w Wolterowskim „Kandydzie” w reżyserii Jerzego Krasowskiego.

Jan Englert należy do generacji, której dane było uczestniczyć w tworzeniu legendy Teatru TV – jej oczywistym źródłem było mrowie premier rozmaitych gatunków, retransmisji i powtórek, w szczytowym momencie przekładające się na ponad 150 emisji teatralnych w ciągu roku. Laureat ma za sobą 134 role (w tym połowę głównych) w spektaklach telewizyjnych, 40 reżyserii, 4 opracowania tv, 3 reżyserie tv, 10 scenariuszy, 3 adaptacje. Za swoje dokonania w Teatrze TV był wielokrotnie wyróżniany nagrodami indywidualnymi; już u progu twórczości otrzymał Złoty Ekran w roku (1970) za rolę Zbyszka w „Moralności pani Dulskiej”, a w ostatnich latach na festiwalach Dwa Teatry w Sopocie spotkał się z deszczem nagród, m.in. Grand Prix w roku 2006 za „Juliusza Cezara” Szekspira. Jego dorobek znaczony jest wieloma barwami, uprawianymi gatunkami, pasjami, ale nietrudno wskazać te najważniejsze.
Po pierwsze, to romantycy, a zwlaszcza wielkie dzieła (i role) polskiego romantyzmu z Kordianem na planie pierwszym, do którego wielokrotnie wracał i wraca. Zaczęło się od warszawskiego Teatru Współczesnego – kiedy to Erwin Axer powierzył mu role diaboliczne: Diabła, Doktora i Mefistofela. Wprawdzie sam nigdy roli tytułowej na scenie nie zagrał – jeśli nie liczyć realizacji radiowej Zbigniewa Kopalko (1984), ale ponownie w teatrze spotkał się z „Kordianem” już jako reżyser trzy lata później (1987) w Teatrze Polskim. Potem powstał jego jednoosobowy spektakl telewizyjny „Godzina miłości, nadziei, rozpaczy. Monologi romantyczne” (1991), w którym aktor przemówił słowami Gustawa, Kordiana i Konrada. Ten spektakl poprzedził dwuczęściowego bez mała trzygodzinnego „Kordiana” z Michałem Żebrowskim w roli tytułowej. W obsadzie 47 aktorów o głośnych nazwiskach (Gustaw Holoubek zagrał Grzegorza, Mariusz Benoit Konstantego, Władysław Kowalski Doktora, Andrzej Łapicki Prezesa, a Jan Englert Cara). To był jeden z tych spektakli, które nie przechodzą niepostrzeżenie przez ekran. Nie był to koniec wielkiej przygody artysty z „Kordianem” – ona wciąż trwa: potwierdza to zachwycający spektakl w roku jubileuszowym Teatru Narodowego, wciąż pozostający na afiszu.
Nie tylko Kordian i nie tylko Słowacki okupował „romantyczną” wyobraźnię artysty – jego reżyserska droga w Teatrze TV rozpoczęła się tak naprawdę od „Irydiona” Zygmunta Krasińskiego (1982), ale największe emocje wzbudziły „Dziady” Adama Mickiewicza. Sama skala przedsięwzięcia działała na wyobraźnię: w ponad trzygodzinnym widowisku zagrało 132 aktorów – tego jeszcze w Teatrze TV nie było. Dwie części spektaklu puszczono z przerwą, 1 listopada 1997 roku. Maja Komorowska zapisała po emisji: „oglądałam „Dziady” Englerta ze wzruszeniem. Tyle razy już słyszałam poszczegól­ne monologi, choćby na egzaminach w szkole te­atralnej, od lat ucząc w szkole, tyle razy sama powracałam do „Dziadów”, a jednak, oglądając przedstawienie Jana Englerta miałam chwilami wrażenie, jakbym „Dziadów” dotykała na nowo”.
Drugi krąg telewizyjnych fascynacji Jana Englerta to Szekspir – zadebiutował w Szekspirze jako Malcolm, syn Duncana i przyszły król Szkocji w „Makbecie” Andrzeja Wajdy. Spektakl ten upamiętnił się lokalizacją nagrania w Chęcinach w dekoracjach „Pana Wołodyjowskiego” i przewrotnym obsadzeniem w rolach głównych Makbeta i Lady Makbet, ówczesnych ulubieńców polskiej publiczności, Tadeusza Łomnickiego i Magdy Zawadzkiej.
Po Szekspirowskich wprawkach przyszedł czas na tytułową rolę w telewizyjnym „Hamlecie” Gustawa Holoubka (1973). Spektakl doczekał się niemal 50 omówień prasowych, co i w tamtych czasach należało do rzadkości. Większość była zachwycona, od „Twórczości” po „Walkę Młodych”.
Jarosław Iwaszkiewicz odnotował na łamach „Twórczości”: „Jan Englert, szlachetny, młody, piękny”. Andrzej Szczypiorski zachwycał się w „Polityce”: „Boy pisał kiedyś, że Hamlet dlatego należy do najtrudniejszych zadań aktorskich w historii teatru, bo wymaga kolosalnych umiejętności w bardzo młodym wieku. Otóż Englert, choć młody, potrafi niemal wszystko. Jest to jeden z najlepszych Hamletów, jakich widziałem. Prostota gestu, swoboda ruchów, siła głosu. Konsekwencja w budowaniu postaci, urok osobisty, dyscyplina”. Spektakl wywołał także polemiki z powodu wprowadzenia przez tłumacza soczystego przekleństwa: „Englert-Hamlet gruchnął z małego ekranu słowem podającym w wątpliwość prowadzenie się mamusi” oburzał się IBIS [Andrzej Wróblewski] w „Życiu Warszawy”.
Dziesięć lat później sięgnął Jan Englert po „Hamleta” jako reżyser, obsadzając w roli telewizyjnego królewicza Jana Frycza – spektakl trwał bez mała trzy godziny, dla jednych był nudny, dla drugich wzorcowy i kształcący. Grzegorz Sinko napisał, że reżyser „poszukał możliwie najogólniejszego znaczenia: położył nacisk na problematykę moralną”.
Z „Hamletami” o palmę pierwszeństwa walczy wspomniany telewizyjny „Juliusz Cezar” (2007), jeden z najlepszych Szekspirów w historii teatru telewizji. 10 lat wcześniej Jan Englert zagrał Marka Antoniusza w spektaklu Macieja Prusa na deskach Teatru Polskiego i mógł się po tej roli i po tym spektaklu czuć spełniony. Toteż początkowo odrzucił propozycję zrobienia „Juliusza Cezara” dla Teatru TV. Kiedy jednak wyszedł ze spotkania, spojrzał na budowane wtedy telewizyjne monstrum przy Woronicza i wiedział, że ma Colosseum. Tak zrodził pomysł wtopienia w spektakl charakterystycznych miejsc współczesnej Warszawy. Interpretując tragedię Szekspira jako dramat manipulacji opinią publiczną, odnalazł reżyser klucz do opisania rzeczywistości.
Trzeci krąg to Witkacy, z którym również artysta przestaje od kilkudziesięciu lat, poczynając od „oddemonizowanego – jak pisał Jerzy Koenig – Leona Węgorzewskiego” w „Matce” u boku Haliny Mikołajskiej, w Teatrze Współczesnym (w reżyserii Erwina Axera, 1970). To długa lista, także spektakli z udziałem studentów PWST, w którą wpisuje się najnowszy telewizyjny Witkacy. Wysmakowany „W małym dworku”, spektakl precyzyjnie skomponowowany, w idealnie wybranym rytmie, w którym nie ma ani jednej nieważnej roli.
Czwarty krąg – Fredrowski, wcale nie mniej ważny od poprzednich. Spotkania z Fredrą rozpoczął od telewizji, od „Ślubów panieńskich” (w 1966 roku), w których gra do dzisiaj. Po premierze „Ślubów” Ewa Boniecka pisała w „Kurierze Polskim”: „Prym wiedli tu J. Englert jako wyborny, pełen młodzieńczego uroku i wdzięku Gucio, Z. Mrożewski – dobrotliwy Radost (…)”. Sęk w tym, że Jan Englert nie zagrał Gucia ale Albina. Na rolę Gucia musiał czekać 20 lat – obsadzony przez Andrzeja Łapickiego w Teatrze Polskim (1984). Spektakl przeniesiono wkrótce na mały ekran: „Gucio Englerta bystry jak komputer – pisała Teresa Krzemień w „Tu i Teraz” – lekko znudzony, polujący najpierw na posag, potem na pannę (bo oporna) ale niezmiennie po hrabiowsku czarujący. Frant, birbant i ziółko (…)”.
I trzecie „Śluby panieńskie”, tym razem w reżyserii Jan Englerta, najpierw teatralne, potem utelewizyjnione, którego premiera miała miejsce w roku 2007 w Teatrze Narodowym i pozostaje jeszcze w repertuarze Teatru Narodowego. Do Albina i Gucia dołożył tu dojrzałego, zdystansowanego Radosta. Modelowany na wyraziciela poglądów autora, wygłasza co pewien czas z nutą zadumy myśli Fredry, wyjęte z jego „Zapisków starucha”. Ten drobny zabieg nadał historyjce opowiedzianej w „Ślubach” charakter przypowieści.
Do telewizyjnego Fredry dodać trzeba mistrzowską jednoaktówkę „Nikt mnie nie zna” pokazaną na żywo w 220 rocznicę urodzin poety (2013) i przede wszystkim świetnego, docenionego „Męża i żonę” z koncertem aktorskim Beaty Ścibakówny, Mileny Suszyńskiej, Grzegorza Małeckiego i Jana Englerta – spektakl perełkę, jakich zawsze mało.
Te cztery kręgi, po których toczy się dzieło Jana Englerta w Teatrze TV można by dopełnić o wiele pobocznych wycieczek, których tu nie sposób choćby wymienić. Ale warto zwrócić uwagę na związek jego spektakli telewizyjnych z teatrem żywego planu zarówno jako inspiracją i jako zapisem dokonań – artysta doskonale czuje potrzebę zapisu wybitnych spektakli, świadomy ich znaczenia dla następców. Kiedyś zabiegał, by zachować ślad po wielkich spektaklach wybitnych reżyserów i aktorów, teraz sam bywa proszony, aby zapisał swoje dokonania („Śluby” i „Udręka życia”)
Druga szczególna cecha twórczości Jana Englerta w Teatrze TV to jej związek z pracą pedagogiczną – przykładem może być sekwencja spektakli na podstawie dramatów Witkacego. Rektor Englert nigdy nie przestaje być pedagogiem.
I po trzecie praca z aktorem. U Englerta najważniejszy jest aktor, w takim duchu był kształtowany przez mistrzów wyczulonych na wagę aktorstwa.
Ale po czwarte, Jan Englert pozostaje otwarty na nowe środki – może bez szaleństwa, z racjonalnym dystansem, ale chętnie wykorzystuje walory pleneru (było to widać w ostatnich realizacjach: „Lecie” wg Rittnera i „W małym dworku”), dba o przekaz wizualny, pamiętając o medium, dla którego tworzy.

(Fragmenty laudacji wygłoszonej podczas rozdania Nagród AICT im. Stefana Treugutta, 15 lutego 2020)

Najnowsze

Powtarzanie historii?

Powtarzanie historii?

30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler całkowicie legalnie przejął władze, czyli stery rządu, w sąsiadujących z Polską...