Dwaj mistrzowie

3 mar 2021

Finiszujący w ostatnich dniach ubiegłego roku festiwal filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską” (już czternasty!) zakończył się spektakularnym triumfem dwóch uznanych mistrzów tej kinematografii – Andrieja Konczałowskiego i Andrieja Smirnowa. Pośród szeregu pokazanych podczas festiwalu wyróżniających się najnowszych rosyjskich produkcji Grand Prix przypadł filmowi „Drodzy towarzysze!” Konczałowskiego, po drugą zaś nagrodę sięgnął „Francuz” Smirnowa. A sam ostatni „Sputnik” – co koniecznie trzeba tu dodać – okazał się, jak zresztą wszystkie poprzednie, bardzo interesujący, a także niezwykle sprawnie w niecodziennych warunkach on line zorganizowany; ekipie Małgorzaty Szlagowskiej-Skulskiej znów należą się brawa.

Andriej Konczałowski (dawniej piszący się Michałkow-Konczałowski, jak wiadomo – syn poety i dramatopisarza Siergieja Michałkowa i pisarki i tłumaczki Natalii Konczałowskiej oraz starszy brat aktora i reżysera Nikity Michałkowa), filmowiec o bardzo obfitym, przy tym i tematycznie, i stylistycznie nader zróżnicowanym dorobku, laury za swe filmy zbiera już od ponad półwiecza, od dłuższego też już czasu cieszy się statusem żywego klasyka. Mnie po raz pierwszy urzekł jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych – swą wtedy właśnie ukończoną „Romancą o zakochanych”, pięknie poetyzującą i patetyzującą sprawy najprostsze i najpowszedniejsze, a przecież dla ludzkiej egzystencji fundamentalne, do tego fascynującą swą odwagą i odkrywczością formalną, z nieledwie operową konwencją włącznie (Innokientij Smoktunowski w roli Trębacza!). Już po obejrzeniu „Romancy” poznawałem wcześniejsze filmy reżysera: powstały w 1965 roku jego błyskotliwy, stylizowany na radzieckie kino lat dwudziestych debiutancki obraz o porewolucyjnej walce nowego ze starym w kirgiskim aule – „ Pierwszego nauczyciela” według Czyngisa Ajtmatowa (cóż to był za świetny pisarz!) czy też nakręcone w 1969 roku „Szlacheckie gniazdo” według Turgieniewa, zniewalającą swą wizualną urodą nostalgiczną pieśń o dziewiętnastowiecznej Rosji, rzecz, w której wprawdzie zostało niewiele z dylematów rosyjskiego „zbędnego człowieka”, ale dostatecznie dużo o odrodzeniu przez cierpienie; ulubionej wtedy aktorce Konczałowskiego – Irinie Kupczenko, która grała Lizę, jako zjawiskowa Warwara Pawłowna partnerowała Beata Tyszkiewicz. Zaraz po „Szlacheckim gnieździe” pojawiła się, też szeroko komentowana i dyskutowana, kolejna ekranizacja rosyjskiej klasyki – Czechowowskiego „Wujaszka Wani” (1970); z kolei po „Romancy” Konczałowski wystąpił z epopeją „Syberiada” (1979), filmem-rzeką o dwudziestowiecznych dziejach dwóch syberyjskich rodów, w burzliwych czasach wielkich przemian to dzielonych wzajemną nienawiścią, to łączonych miłością. Nie zawsze jednak los mościł Konczałowskiemu drogę samymi różami: rozdygotany, niewesoły portret rosyjskiej wsi – „Historię Asi Klaczinej, która kochała, ale za mąż nie wyszła” (1967) skierowano na ponad dwie dekady na półki i przez ten czas skrupulatnie pomijano w biogramach reżysera. W końcu lat siedemdziesiątych Konczałowski wyjechał na dłuższy czas do Stanów Zjednoczonych, gdzie nakręcił sześć kolejnych filmów; choć zauważone tak w Stanach, jak i w Europie, olśniewających sukcesów artystycznych ani komercyjnych swemu twórcy nie przyniosły.
A w ciągu ostatniej dekady urodzony w 1937 roku Konczałowski przeżywa jakby drugą triumfalną młodość – każdy z wychodzących regularnie co dwa laty na ekrany jego nowych filmów staje się wydarzeniem. Niemal każdy też zdobywa nagrody na festiwalu w Wenecji, czym jakby domyka krąg jego filmowej drogi – bo przecież przed debiutanckim w pełnym metrażu „Pierwszym nauczycielem” była jeszcze krótkometrażówka „Chłopiec i gołąb” (1962), która przyniosła mu weneckiego Brązowego Lwa. Nakręcone w 2014 roku „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna” – to liryczna opowieść o mieszkańcach rozrzuconej wśród jezior osady na rosyjskiej Północy. Bohaterką moralitetowego „Raju” (2016) jest paryżanka, rosyjska arystokratka, w czasie wojny zesłana przez hitlerowców do obozu za ukrywanie dwóch żydowskich chłopców; choć za sprawą od lat zakochanego w niej niemieckiego oficera może ocalić życie, dobrowolnie idzie do gazu w miejsce Żydówki, która podejmie się wychowania tych dzieci; tytułowy raj – to kraina nadludzi, o której marzy ów Niemiec, ale też wrota, w które wstępuje idąca na śmierć Rosjanka; metaforą piekła staje się obóz, w którym Żydówka recytuje w języku Dantego jego słynne strofy „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Dante pojawi się też w finałowej wizji bohatera „Grzechu” (2018), wielkiego Michała Anioła ze szczytowych lat jego aktywności, wciąż owładniętego szaleńczą pasją tworzenia, a przy tym szamoczącego się między sprzecznymi żądaniami potężnych mecenasów i miotającego się w poszukiwaniach, nie zawsze najszlachetniejszymi sposobami, środków na opiekę nad rodziną i pomocnikami – „boskiego” (bo wszyscy już go tak mianują) artystę uspokojeniem obdaruje dopiero spotkanie z duchem autora „Boskiej komedii”.

Dla młodszego od Konczałowskiego o cztery lata, skądinąd też wychowanka Michaiła Romma, aktora i reżysera Andrieja Smirnowa prawdziwym entrée w wielkie kino stał się „Dworzec Białoruski” (1970) – opowieść o czwórce frontowych druhów, teraz spotykających się na pogrzebie jednego z oficerów ich batalionu, które to spotkanie nieoczekiwanie przeradza się w swoisty sprawdzian ich dzisiejszych postaw i ideałów. Konstantin Simonow pisał, że film „odsłonił moralną siłę frontowego braterstwa i, co szczególnie ważne, pokazał tę siłę nie jako coś, co pozostało w dalekiej przeszłości, lecz jako wartość posiadającą wpływ na sprawy i czyny współczesne”; po latach wspominano, że obraz młodego reżysera „od razu stał się częścią narodowej świadomości tak, jakby istniał tam od zawsze, jak drzewo na polu”. Ale jednocześnie raz po raz i Smirnowowi piętrzyły się kłopoty: nakręconej cztery lata później „Jesieni”, kameralnej historii miłości dwojga trzydziestolatków, zarzucono zredukowanie osobowości bohaterów wyłącznie do sfery erotyki i przyznano bardzo niską kategorię dystrybucyjną; filmu najpewniej wówczas w ogóle nie udałoby mi się zobaczyć, gdyby nie zamknięty pokaz dla doktorantów z bratnich krajów socjalistycznych, zorganizowany aż w Taszkencie. Od lat osiemdziesiątych Smirnow kręcenia filmów zaprzestał, choć wciąż był czynny (i niejeden raz nagradzany) jako aktor, na przykład odtwórca głównej roli męskiej w „Elenie” Andrieja Zwiagincewa; odrodził się jako reżyser dopiero po trzydziestu latach – głośnym obrazem „Żyła sobie baba” (2011), inspirowanej prozą Bunina panoramie ponurych dziejów rosyjskiej wsi w początkowych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, ukazanych przez pryzmat wstrząsającego losu młodej chłopki – cierpiącej biedę, poniewieranej, bitej, przecież heroicznie próbującej w tym infernalnym otoczeniu uchronić życie, wychować potomstwo, zbudować choćby na chwilę namiastkę szczęścia…

Na „Sputniku” Konczałowski i Smirnow spotkali się w epoce Chruszczowa. Francuzem z filmu Smirnowa jest młody francuski komunista, syn uciekinierki z ZSRR, podczas chruszczowowskiej odwilży (jest rok 1957) przyjeżdżający jako stypendysta do Moskwy, by kontynuować badania dziejów rosyjskiego baletu, przede wszystkim jednak podjąć próbę odnalezienia swego ojca, hrabiego Tatiszczewa, carskiego oficera, w 1937 roku osadzonego w łagrze, z którego udało mu się zbiec. Wraz z owym młodym Francuzem doświadczamy zarówno życia rosyjskiej bohemy w odwilżowej, choć nadal mocno kontrolowanej stolicy, jak
i wstrząsającej rzeczywistości prowincjonalnego Peresławia, gdzie dożywa swych dni obdarzony wybitnym talentem matematycznym, a teraz pracujący jako nocny stróż i wegetujący w krzyczącej biedzie Tatiszczew. Akcja „Drogich towarzyszy”, też jak „Francuz” czarno-białych, toczy się pięć lat później i koncentruje się na wydarzeniach w Nowoczerkasku – robotniczym strajku, który wybuchł tam latem 1962 roku w odpowiedzi na podwyżkę cen i równoczesne podniesienie norm produkcyjnych w miejscowej fabryce; podczas tłumienia robotniczych wystąpień zginęło dwadzieścia kilka osób, a potem w czasie procesów jeszcze siedem otrzymało wyroki śmierci (choć np. wydana u nas przez Ossolineum „Historia ZSRR” Davida Marplesa podaje wziętą z powietrza apokaliptyczną liczbę 7 tysięcy straconych, co polski edytor musi w przypisie stanowczo prostować). Film Konczałowskiego umiejętnie splata suchy paradokumentalizm z przejmującym wątkiem fabularnym, którego główną postacią jest Ludmiła Siomina, kierowniczka wydziału w miejskim komitecie partii, zarazem kochanka pierwszego sekretarza tego komitetu, zagorzała stalinistka i zwolenniczka radykalnych kroków wobec strajkujących; gdy w czasie zajść znika jej niepokorna córka, Siomina po bezskutecznych dramatycznych poszukiwaniach, już przekonana o śmierci dziewczyny, w końcu znajduje ją całą i zdrową, choć ukrywającą się przed milicją; przytula ją ze słowami jak z Czechowa; „będzie lepiej”, „będziemy lepsi”… Tę główną rolę w „Towarzyszach” gra obecna małżonka i muza reżysera, zresztą pochodząca z Nowoczerkaska aktorka Julia Wysocka, przedtem też główna bohaterka „Raju”, a w „Grzechu” ukazująca się na moment w pałacu Medyceuszy Leonardowa dama z gronostajem.

Jak Michałkow-Konczałowski, także Smirnow może się szczycić przynależnością do znanej artystycznej dynastii; jego ojciec, Siergiej Smirnow, był pisarzem, córka zaś, Awdotia Smirnowa, od lat już z powodzeniem stąpa śladami ojca jako reżyserka (na „Sputnikach” gościły jej filmy „Dwa dni” i „Kokoko”). A dynastia Michałkowów-Konczałowskich ma już dziś w Moskwie cały kwartał: na rogu Powarskiej i Pierścienia Sadowego na fasadzie położonej naprzeciw słynnego Domu Pisarzy kamienicy, gdzie mieszkali Natalia i Siergiej, wisi poświęcona Natalii tablica pamiątkowa (zmarła w 1988 roku, jako ówczesny pracownik polskiej ambasady uczestniczyłem w jej pożegnaniu w moskiewskim monasterze Daniłowskim), uwieczniony w brązie Siergiej zasiada na ławeczce na sąsiadującym z tą kamienicą skwerze, a parędziesiąt metrów dalej na innej kamienicy kolejna tablica upamiętnia ojca Natalii, a dziada Andrieja – wielkiego malarza Piotra Konczałowskiego. Tymczasem „Drodzy towarzysze”, podobnie jak niedawno „Raj”, w walce o Oskara są już na „krótkiej liście”…

Najnowsze

Powtarzanie historii?

Powtarzanie historii?

30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler całkowicie legalnie przejął władze, czyli stery rządu, w sąsiadujących z Polską...

Sprawdź również

Rząd chce pozbawiać wolności dzieci

Rząd chce pozbawiać wolności dzieci

My się tutaj złościmy na to, co robią służby graniczne w USA, tymczasem nasz rząd w swojej wiecznej i beznadziejnej pogoni za uznaniem Konfederacji, postanowił pozbawiać wolności… dzieci. „Nowe przepisy pozwalają na umieszczanie w strzeżonych ośrodkach dzieci...

Robotnicy do Sejmu

Robotnicy do Sejmu

Demokrację w Polsce wywalczyli robotnicy. I na tym się ich rola skończyła. Nikomu nie przyjdzie nawet do głowy, żeby gdziekolwiek kandydowali, choćby do rady gminy. Uznano, ze nadają się tylko do pracy, a decydować i myśleć będą za nich lepsi goście. Biznesmeni,...

Kościuszko – problem dla prawicy

Kościuszko – problem dla prawicy

W 230. rocznicę Insurekcji 1794 roku, Senat RP poświęcił specjalną uchwałę z dn. 4 kwietnia 2024 r. Wielu polityków chętnie grzało się w blasku obchodów tej historycznej rocznicy i postaci samego Naczelnika Tadeusza Kościuszki. Czy jednak dla polityków prawicy idee...

Konfederackie imperium kontratakuje

Konfederackie imperium kontratakuje

Imperium Kontratakuje – tak będzie się nazywać nowa partia Sławomira Mentzena po tym, jak sąd wykreślił partię Nowa Nadzieja, ponieważ jego ludzie nie ogarnęli złożenia sprawozdania finansowego. Fajnie, że wreszcie rozpoznali poprawnie swoją tożsamość po...

Świat widziany z Waszyngtonu

Świat widziany z Waszyngtonu

Z europejskiej perspektywy łatwo ulec złudzeniu, że globalna polityka obraca się wokół naszych kryzysów: wojny w Ukrainie, rosyjskiego imperializmu czy sporów wewnątrz samej UE. Dla Stanów Zjednoczonych są to jednak kwestie drugorzędne. Amerykańska strategia nie...

Powtarzanie historii?

Powtarzanie historii?

30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler całkowicie legalnie przejął władze, czyli stery rządu, w sąsiadujących z Polską Niemcami, noszącymi wtedy nazwę Republiki Weimarskiej. Tego słonecznego dnia Prezydent Republiki Paul von Hindenburg, członek zasłużonej dla państwa i...

Liga supermemów

Liga supermemów

Oczywiście Prezydent USA chciałby szefować lidze supermenów, ale życie to nie komiks, choć czasem bywa farsą. Aktualny prezydent nie powinien być zaskoczeniem dla świata ani tym bardziej dla Amerykanów. Przecież to nie pierwsza kadencja a wiadomo, że druga musi być...