Nie popieram Rafała Trzaskowskiego. Nie przekonuje mnie jego kampania, styl ani polityka. Ale wiem jedno: wybór Karola Nawrockiego to realne zagrożenie dla państwa – zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i międzynarodowym. I dlatego w drugiej turze trzeba zagłosować przeciwko niemu.
Dwaj kandydaci skrajnej prawicy – Sławomir Mentzen (Konfederacja WiN) i Grzegorz Braun (KKP, wykluczony z Konfederacji) – zdobyli łącznie ponad 21% głosów. Jak zauważa dr Bartosz Rydliński w rozmowie z Onetem, Polska jest dziś wyraźnie wychylona w prawo na tle Europy, a wynik trójki: Nawrockiego, Mentzena i Brauna, to nie chwilowa anomalia, lecz konsekwencja trwałego przechyłu. W jego opinii to właśnie wyborcy mniejszych i średnich miast przeważą szalę zwycięstwa w II turze.
Karol Nawrocki nie prezentuje spójnej i odpowiedzialnej wizji polityki zagranicznej. W obecnej sytuacji – z agresywną Rosją za wschodnią granicą i powrotem Donalda Trumpa do Białego Domu – jego wypowiedzi są po prostu niebezpieczne. Sugerował zerwanie relacji dyplomatycznych z Rosją, potem się z tego wycofał. Mówił o tym, że pomoc Ukrainie musi być „warunkowa” i zależna od jej „wdzięczności”. W sprawie NATO opowiadał, że nie będzie automatycznie bronić sojuszników, jeśli sami nie potrafią się bronić – co można odczytać jako sygnał, że kraje bałtyckie nie mogą na nas liczyć.
Dodatkowo Nawrocki publicznie bronił Donalda Trumpa po jego decyzji o wprowadzeniu ceł na towary z Unii Europejskiej – również te z Polski. Wbrew interesowi własnego państwa krytykował Unię za próby wprowadzenia ceł odwetowych, pokazując, że w razie konfliktu woli rację Waszyngtonu niż Warszawy czy Brukseli. Taki kandydat na prezydenta nie tylko nie wzmacnia naszej pozycji w Europie, ale wręcz ryzykuje strategiczną izolację Polski.
Równie niepokojące są jego spodziewane i pewne działania wewnętrzne. Jego wizja prezydentury opierać się będzie na konfrontacji z rządem, wetowaniu ustaw i doprowadzeniu do sytuacji, w której państwo pogrąża się w impasie. To wszystko w imię przygotowania gruntu pod przedterminowe wybory, z których miałby wyjść zwycięsko PiS – tym razem zapewne wspierany przez Konfederację i Mentzena jako przyszłego premiera. W takim scenariuszu państwo nie zostaje tylko sparaliżowane – zostaje przejęte przez prawicowych radykałów z ambicjami ustrojowej przebudowy.
Nie łudzę się, że Trzaskowski będzie gwarantem sprawiedliwości społecznej. To polityk elit, zanurzony po uszy w neoliberalnych dogmatach – z przeszłością, która nie wróży niczego dobrego ani dla publicznej ochrony zdrowia, ani dla rynku pracy, ani dla najuboższych. Jego prezydentura będzie najpewniej kontynuacją polityki rządu skierowanej dla nielicznych – klasy właścicieli mieszkań, sektora prywatnego i platformerskich partyjniaków. To właśnie takie podejście – oderwane od realnych problemów ludzi – doprowadziło do obecnego przechyłu sceny politycznej w stronę skrajnej prawicy.
Ale głosując 1 czerwca, nie wybieramy lidera lewicy. Wybieramy bezpiecznik. Nawrocki i Mentzen to nie tylko groźba jeszcze bardziej niebezpiecznego regresu, ale też realna możliwość przejęcia państwa przez ludzi, którzy od lat szykują się do jego ideologicznej przebudowy. Jeśli lewica dziś stanie z boku, za dwa lata może już nie być dla nas żadnego pola manewru.
To nie znaczy, że mamy milczeć. Wręcz przeciwnie. Głos oddany na Trzaskowskiego nie powinien być końcem rozmowy, lecz początkiem ofensywy. Lewica musi wrócić do myślenia w kategoriach podmiotowości. Mamy prawo formułować własne postulaty, żądać konkretnych działań w zamian za poparcie i nie pozwalać się traktować jako dostawka. Musimy jasno mówić „nie” każdej próbie prywatyzacji zdrowia, każdej deregulacji pisanej pod dyktando rynku, każdej narracji, która przesuwa debatę jeszcze dalej w prawo.
Cieszy, że Magdalena Biejat – inaczej niż Szymon Hołownia – nie poparła automatycznie Trzaskowskiego, ale jasno zaznaczyła, że „musi on zawalczyć o poparcie lewicowych wyborców w II turze wyborów prezydenckich”. To uczciwa postawa: nie bezwarunkowe wsparcie, lecz warunkowa współpraca, oparta na poszanowaniu naszych postulatów i programowych różnic.
Adrian Zandberg zajął inne, ale również zrozumiałe stanowisko. „Nie należy przekazywać poparcia wyborców w drugiej turze; to rozsądni ludzie, którzy sami potrafią ocenić, który z kandydatów ma coś wspólnego z ich poglądami” – powiedział lider partii Razem w rozmowie z PAP. W tym podejściu jest szacunek do wyborców, do ich podmiotowości i niezależności, bez narzucania instrukcji głosowania.
Moim zdaniem mamy prawo domagać się od Trzaskowskiego konkretnych zobowiązań, które będą realnym wsparciem dla naszych postulatów społecznych, pracowniczych i klimatycznych. Nasze poparcie i głosy nie mogą być głosami z automatu. I wtedy jako “rozsądni ludzie” mamy obowiązek jasno powiedzieć „nie” prezydenturze Nawrockiego.
Bo jego wygrana otworzyłaby drogę do objęcia pełni władzy przez PiS i Konfederację. Mentzen jako premier, Nawrocki w Pałacu Prezydenckim – i pełna zgoda na wszystko, co jest dla nas nieakceptowalne. To scenariusz brutalnych cięć socjalnych, prywatyzacji ochrony zdrowia, ataku na prawa kobiet i mniejszości, cenzury i podporządkowania państwa ideologicznemu rewanżyzmowi. Obywatel stanie się tanim zasobem pracy, a państwo – zapleczem interesów najbogatszych. Lepiej znosić słabego prezydenta przez pięć lat, który miejmy nadzieję będzie chociaż trochę z nami rozmawiać, niż oddać kraj tym, którzy przekształcą go w brunatno-niebieskie eldorado.
Jeśli współpraca rządu z prezydentem Trzaskowskim nie spełni naszych oczekiwań – za dwa lata można przecież zmienić rząd. Ale jeśli w Pałacu Prezydenckim zasiądzie Nawrocki, a później władzę przejmie PiS z Konfederacją chociażby w skutek paraliżu państwa i przyspieszonych wyborów, to obawiam się możliwego scenariusza zabetonowania naszej sceny politycznej przez skrajną prawicę na długie lata.










